sobota, 28 lutego 2015

Passo del Tonale

     Luty minął nie wiadomo właściwie kiedy. Nie bez kozery to najkrótszy miesiąc roku. Już za chwil kilka zacznie się kolejny miesiąc, a ja nadal z głową w chmurach po ostatnim wyjeździe.

     Dlaczego lubię moją pracę? Bo dzięki niej podróżuję. Rozwijam się. Wykorzystuję znajomość języków obcych. Poznaję mnóstwo wspaniałych ludzi. Brzmi banalnie? Być może. Ważne dla mnie jest to, że naprawdę czuję wszystko to, o czym piszę i każdego dnia jestem coraz bardziej zainspirowana do działania.

     Włochy to dla mnie kraj pod każdym względem magiczny. Z Italią mam związany ogrom ciepłych wspomnień. Przez skończone studia, czas stypendium Erasmusa, wszystkie przygody, odwiedzone miejsca, etc. Moja przyszywana włoska rodzinka, przepyszna kuchnia, malownicze krajobrazy, melodyjny język i wszystko co z szeroko pojętą kulturą Włoch związane. I uwielbiam tam wracać. Luty pod tym względem był dla mnie wspaniałym miesiącem, ponieważ dane mi było wylądować we Włoszech aż dwa razy.

     Bliższy memu sercu i poniekąd inny był ten ostatni wyjazd. Passo Tonale. Pojechałam tym razem w nieco innej niż zwykle roli (bo jako animator), ale i tak nie odmówiłam sobie powiedzenia paru słów do mikrofonu o mojej ulubionej destynacji. Grupa jechała stricte na narty. Ja co prawda narciarką nie jestem, więc mnie Ekstra Klasa regionu Val di Sole niekoniecznie powalała na kolana. Choć ludzie byli zadowoleni. Nawet bardzo. Mnie natomiast zachwycił widok z okna na Alpy każdego dnia. Typowo górski klimat małego miasteczka, skupionego wzdłuż jednej głównej ulicy.





     Oczywiście niesamowitą radochę sprawiało mi jak zwykle mówienie po włosku. Ilekroć jestem na Półwyspie Apenińskim jakoś ciężko mi się opanować od tego, żeby z radości nie zagadywać wszystkich mieszkańców kraju w ich rodzimym języku. Naturalnie zdaję sobie sprawę, że do perfekcji pewnie nigdy nie dojdę ani w tym ani w żadnym innym temacie. Natomiast chciałabym być jej w tym przypadku jak najbliższa. Mówienie po włosku sprawia mi atawistyczną wręcz przyjemność. I zawsze miło mi słyszeć, że sami Włosi niejednokrotnie biorą mnie "za swoją" nawet po zamienieniu ze mną kilku zdań. Zawsze wtedy rosnę :) Najzabawniejszą sytuacją dla mnie było zdarzenie sprzed paru miesięcy, kiedy to zupełnie w swoim żywiole (wieczór integracyjny z grupą przy włoskiej kapeli), roztańczona na całego, tłumaczyłam turystom wszelkie kwestie, które na bieżąco uzgadniałam z muzykami, gdy jeden z nich stwierdził: "Jak na Włoszkę super mówisz po polsku..." Być może takie pomyłki wynikają z faktu, że nie jestem obdarzona typowo słowiańską urodą, ale wolę sobie tłumaczyć, że moja znajomość języka ma na to chociaż minimalny wpływ :)

     A wracając do Passo Tonale - a właściwie do okolic - jednego dnia pozwolono mi się urwać z dyżuru przy stoku, dzięki czemu mogłam pojechać na pobliski lodowiec. Pierwszy raz w życiu byłam na takiej wysokości i w ogóle w takim klimacie. Z racji tego, że raczej jestem ciepłolubna, nie wiem i pewnie długo (lub też nigdy) nie dowiem się jak jest na Antarktydzie lub w innych arktycznych klimatach, ale w ten słoneczny lutowy dzień na alpejskim lodowcu miałam chyba namiastkę tego wszystkiego. Pogoda dopisała, widoki były wręcz zachwycające, aż nie chciało się wracać. Mimo tego, że dookoła połacie śniegu i różne przepaście. Miodzio.







     Wracając z lodowca mogłam zobaczyć też jedną z niewielu nie - narciarskich atrakcji Passo Tonale, a mianowicie kaplicę mieszkańców miasteczka i okolic, którzy zmarli (zginęli, zaginęli...) w trakcie pierwszej wojny światowej. Wszystko w pomieszczeniu z zewnątrz przypominającym jakby bunkier, w dodatku z mini statuą wolności na szczycie... Rzecz jasna - u podnóża jednego z wielu stoków. Zawsze zastanawia mnie ta włoska specyficzna religijność i bardzo cienka granica między sacrum a profanum. Na górze głośna muzyka, hedonizm pełną gębą, narty, deski, krzyki radości, tętniąca życiem restauracja, a u jej stóp niepozorna kaplica poświęcona pamięci tragicznie zmarłych... Ciekawe, czy chociaż kilka procent z całego tego rozbawionego tłumu wie, co za miejsce ozdabia ta nietypowa statua wolności. Nie żeby odzywała się we mnie nasza polska skłonność do ubóstwiania martyrologii, ale mimo wszystko takie skrajności zawsze mnie zastanawiają. Tak samo było dwa lata temu, kiedy, mieszkając we Włoszech, zobaczyłam jak jedna z rodzin wchodzi do kościoła na niedzielną Mszę Św. z pieskiem na smyczy. Z pieskiem, który uczestniczył w całym obrządku. I dla nikogo, oprócz mnie, nie stanowiło to sensacji.




     Podróże ewidentnie poszerzają horyzonty.



   

czwartek, 29 stycznia 2015

Amsterdam

     Czas pędzi jak szalony. Ani się obejrzałam, a już prawie zakończył się pierwszy miesiąc 2015 roku. Miesiąc pod znakiem sesji egzaminacyjnej, znanej bardziej jako pogrom studentów (ale spokojnie, jakoś daję radę) i pod znakiem walki z chorobą i wynikającymi z niej słabościami. Chyba jest coraz lepiej, chociaż nieustannie powiększająca się garść leków, które muszę brać każdego dnia ciągle przypomina mi, że chociaż lepiej, to jeszcze nie do końca jest dobrze. Ale nie łamię się. Wierzę, że z tym wygram :)

     Chciałabym wrócić wspomnieniami do Sylwestra. Spędziłam go w typowy dla mnie sposób, czyli w pracy. Chociaż nie odczuwałam z tego powodu żadnej przykrości. W końcu "If you like your work, every day is a holiday". Poza tym nie każda praca wiąże się z nieustannym podróżowaniem do ukochanych zakątków Europy i Polski, a moja owszem :)

     Amsterdam. Miasto kontrastów, miasto tęczy, diamentów, marihuany. Idealny wybór na imprezę sylwestrową. Jeszcze wielu zakątków holenderskiej stolicy nie dane było mi poznać. Ale jeśli chodzi o ścisłe centrum i najważniejsze atrakcje turystyczne, to mogłabym tam chodzić z zamkniętymi oczami. Amsterdam da się lubić. Nie tylko za wszędobylską różnorodność. Jakkolwiek fajnie jest wybrać się do miasta, gdzie w ciągu kilku godzin udało mi się porozmawiać po francusku, po włosku i po angielsku. Tym jednak, co bardzo zachwyca w Amsterdamie jest jego ciekawa architektura. Nieduże domki, kamienice, niektóre z nich bardzo wąskie. Wszystko poprzecinane kanałami - nie bez kozery na Amsterdam mówi się, że jest "Wenecją Północy". A ze względu na te kanały i podmokły teren (o Holandii mówi się, że jest krajem wydartym morzu, spora część jej terenu znajduje się poniżej poziomu morza) niektóre kamienice tańczą - odchylają się od pionu o ładnych kilkadziesiąt centymetrów.




     Ilekroć jestem w Holandii, współczuję serdecznie kierowcom autobusów, tramwajów, a nawet samochodów. A dlaczego? Otóż Holandia to kraj przyjazny rowerzystom - kilkanaście tysięcy kilometrów ścieżek rowerowych, a właścicielom tym przyjaznych dla środowiska blaszanych rumaków wolno dosłownie wszystko... I w tym właśnie problem - statystycznie rocznie najwięcej ludzi w Holandii ginie w wyniku kolizji samochodu z rowerem - rowerzysta w takim przypadku ma małe szanse. Ale kierowcom pojazdów mechanicznych naprawdę ciężko manewrować pomiędzy wszędobylskimi rowerami i ich nierozważnymi kierowcami. Co za tym idzie - niejednokrotnie dochodzi do sytuacji niebezpiecznych.
     Ponadto - rowery są urocze i na stałe wpisują się w klimat zarówno całego kraju jak i jego stolicy - ale też wpływają na jej zanieczyszczenie. Wyobraźcie sobie, że jeśli w Amsterdamie znudzi się Wam rower, możecie go w każdej chwili porzucić. Po pewnym czasie wyląduje on w jednym z kanałów (ciekawy sposób pozbywania się "odpadów"...), a kanały są raz do roku czyszczone.
     Ale to jeszcze nie wszystko - istnieje również bardzo duże prawdopodobieństwo, że rower nie zdąży Wam się znudzić, gdyż... zmieni właściciela, gdy go gdzieś nieumyślnie pozostawicie, np. przed wejściem do sklepu lub muzeum. Miejska legenda głosi, że jeden rower jest w Amsterdamie kradziony statystycznie dwa razy!






     Kolejna rzecz w Amsterdamie godna zainteresowania to beginaż. Sama osobiście zainteresowałam się tym świeckim zakonem kilka lat temu po przeczytaniu książki "Kobieta w lustrze" Erica Emmanuela Schmitta. Książa opowiada (w literacki sposób oczywiście) o historii i założycielkach tego zgromadzenia w Brugii. W Amsterdamie beginki również mieszkały. To dzisiaj można zobaczyć ich klasztor, kaplicę, a także pomnik beginki. Niestety - jest to już jedynie zabytek, echo nie tak dawnej przeszłości. Zakon bowiem umarł śmiercią naturalną - ostatnia beginka zmarła kilka lat temu, nikt dzisiaj nie kontynuuje już tej tradycji.


     Dlaczego nie wspomniałam jeszcze ani razu o Dzielnicy Czerwonych Latarni, która stanowi sam w sobie symbol miasta? Jest to ciekawostka, na pewno. Wąskie uliczki, legalna prostytucja, u stóp najstarszego w mieście kościoła stojący dumnie pomnik prostytutki, panie zachęcające z okienek do skorzystania ze swoich usług, dosłownie od wyboru do koloru, każdy znajdzie coś dla siebie... Ale uwaga - o ile nie jesteś zawodowym fotografem i nie masz specjalnego pozwolenia, wolno Ci Dzielnicą spacerować i oglądać ile wlezie, ale robić zdjęć - nie bardzo. Przyłapany na gorącym uczynku możesz stracić aparat. Ja nie chciałam ryzykować nigdy :)

     Będąc w Amsterdamie musisz zjeść matijasa -świeżego śledzia, podawanego w zalewie, z cebulką, w bułce, w formie hot - doga. Nic innego jak holenderski fast food. Śmiałkowie jedzą śledzie nawet na surowo.



     Co niektórzy jeżdżą do Amsterdamu jeszcze w innym celu. W maju, oprowadzając turystów po przepięknym, największym na świecie ogrodzie tulipanów Keukenhof, usłyszałam od jednej dziewczyny: "Proszę Pani, ja mam w dupie te kwiaty. Proszę mi pokazać, gdzie jest najbliższy Coffeeshop!". Jedyny w swoim rodzaju bar, gdzie można zapalić legalnie marihuanę lub zjeść ciasteczko z haszyszem. W Amsterdamie są one na każdym kroku, chociaż nie wszędzie obcokrajowiec może skosztować lokalnych zwyczajów - ochroniarze sprawdzają, czy mamy holenderskie obywatelstwo.

   

W Holandii warto ubierać się na pomarańczowo. Jest to bowiem narodowy kolor tego kraju. A wszystko za sprawą panującej już od wielu lat królewskiej dynastii Orange. Tęcza taka jak na moim parasolu też jest wszechobecna w Amsterdamie. W końcu to miasto tolerancji, wielkiej rokrocznej parady gejów, mnóstwa gejowskich klubów, a w kraju osoby jednej płci mogą legalnie zawierać małżeństwa. Chociaż, nie ukrywam posiadanie takiej tęczy może być ryzykowne. W Sylwestra, gdy postanowiłam oprowadzić turystów przez dzielnicę homoseksualistów z rozłożonym parasolem, wszyscy do nas machali i się uśmiechali. Ewidentnie zostaliśmy wzięci za "grupę pod specjalnym wezwaniem" ;)

Do Amsterdamu jeszcze nie raz w tym roku wrócę, dlatego też pewnie na blogu jeszcze nie raz pojawi się wpis o tym mieście. Na zakończenie, jako że uwielbiam miasta nad wodą, kilka zdjęć malowniczych kanałów. 




Tak swoją drogą - polecam zwiedzanie miasta z pokładu statku :)

Do następnego ;)

środa, 7 stycznia 2015

Inspirująco w Tatrach

    "Jeśli chcesz zbudować statek, nie gromadź ludzi, by zbierali drewno i rozdzielali obowiązki, ale wzbudź w nich tęsknotę za rozległym i niekończącym się morzem."

   W ostatnich miesiącach tyle czasu spędzam na dworcach, że moja kochana Rodzicielka zastanawia się, czy wciąż pamiętam, że jestem licencjonowanym pilotem wycieczek a nie kloszardem :) Ale mam nadzieję, że nie jest ze mną aż tak źle. I poniekąd magiczne są dla mnie te chwile oczekiwania w tłumie podróżnych. Spotkania, powitania, rozstania. To zawsze wzruszające.
     Upodobałam sobie zwłaszcza dworzec PKP we Wrocławiu. Kameralne kawiarenki, w tle muzyka klasyczna, przemiły barista, dostęp do prądu i Internetu. Co za tym idzie, czekając na autobus, który zawiezie mnie do domu (dziękuję losowi za Polskiego Busa!) mogę być w kontakcie ze znajomymi. Czasem z przypadkowych rozmów przychodzi wiele inspiracji. Życiowych, zawodowych i wszelakich innych. Tu jakaś propozycja współpracy, tu wspólnej podróży. Nawet nie zauważam upływu kolejnych godzin.
     Wracam z górskiej Polany Głodówka. Kurs coachingowy Lider +. Dużo wiedzy, trochę praktyki, mnóstwo refleksji o ZHP i o byciu liderem, pyszne jedzenie, prawdziwa zima, Tatry za oknem, kulig i co najważniejsze - niesamowici ludzie. Warto było tam być. Bo w kursie nie chodzi przecież o kolejny certyfikat, ale o doświadczenie i o to, czego można się dzięki niemu nauczyć. Tak życiowo. Tym razem dane mi było zrozumieć, że wysoka funkcja w ZHP nie odbiera ludziom możliwości realizacji na innych polach ani dystansu do siebie. Zobaczyłam, że wieloletni instruktorzy, będący prawnikami, architektami, biznesmenami, pracują jednocześnie dla Głównej Kwatery. Ponadto są arcyciekawymi osobami o wyjątkowym poczuciu humoru. Nawet w przerwach między zajęciami siedzieliśmy razem żartując i rozmawiając na poważniejsze tematy. Ale generalnie, już dawno się tak nie uśmiałam. I po raz kolejny w życiu poczułam się szczęśliwa, że jestem harcerką. Mega.
     Ostatni wieczór kursu to kolejne magiczne chwile, tym razem spędzone na koncercie. Idol z dawnych lat, którego piosenki niejednokrotnie śpiewało się na ognisku. A tym razem był na wyciągnięcie ręki.
      I tym razem nie było mi przykro, że muszę już wracać do domu. Bo wiem już, że koniec jednej przygody to tak naprawdę początek kolejnej :)

A w Tatrach takaaa zima :)




sobota, 3 stycznia 2015

Postanowienia

O tym dlaczego Amsterdam jest miejscem idealnym na noworoczną imprezę napiszę nieco później, gdy już pozbieram myśli i poogarniam zdjęcia z sylwestrowego wypadu.
Nowy Rok to czas postanowień. Najlepiej o nich myśleć  w domu nad kubkiem parującej herbatki, przy spokojnej muzyczce, generalnie w klimacie, który sprzyja refleksji.
Ale można też refleksje snuć w podróży...
Zaczęło się u mnie bardzo spontanicznie. Wracałam z Amsterdamu, mając w perspektywie kilka leniwych dni spędzonych w Poznaniu i dla zabicia czasu weszłam na Facebooka. A tam informacja o tym, że zakwalifikowałam się na kurs, który zaczyna się już dzisiaj w Zakopanem. Szał, przebieg myśli niespokojnych przez głowę czy zdążę i czy aby na pewno dam radę.
Ale postanowiłam przecież nie tracić w życiu żadnej okazji. Zatem wpadłam do Gorzowa jak po ogień aby spakować kilka górskich rzeczy do plecaka i zaraz potem nakarmiona maminym bigosem oraz podniesiona na duchu po spotkaniu z przyjaciółkami ruszyłam w kolejną nocną wędrówkę, tym razem do jednego z moich ukochanych miejsc na Ziemi. "Jeszcze chwila, jeszcze dwie i znów stanę u stóp raju..." :-)
A postanowienia noworoczne? W tym roku chcę nauczyć się hiszpańskiego, przejść Camino de Santiago, a potem wyjechać na studia do Hiszpanii. Poza tym rozwijać się dalej w mojej pracy i realizować to, co już zaczęłam, czyli kanon krajoznawczy Polski i Koronę Polskich Gór.
Jak starczy mi zdrowia na to wszystko to będę najszczęśliwszą osobą na Ziemi :)

sobota, 27 grudnia 2014

Podróżnicze podsumowanie 2014

     Kończy się rok 2014. Blogerzy podróżniczy, których czytuję, robią swoje podróżnicze podsumowania. Spróbuję i ja. To był dobry rok, choć pełen rewolucji. I momentami niełatwy. Rok zmiany pracy, zmiany miejsca zamieszkania, rok walki z chorobą. Ale też rok wielu pozytywnych wydarzeń, miejsc i ludzi, którzy stanęli na mojej drodze.

Ale od początku.

Styczeń.

W styczniu za dużo się podróżniczo u mnie nie działo. Poza kanonowym zwiedzaniem Poznania. Wstyd się przyznać, ale teraz mieszkam już w tym mieście, a nadal nie wszystko udało mi się zobaczyć. Bo na to co najbliżej przecież zawsze mamy czas.

Luty.

Luty już był ciekawszy. Poczułam się lepiej, pojechałam ze starymi znajomymi do Zakopanego trochę naładować baterie w ukochanych Tatrach. Potem z moimi dzieciaczkami z drużyny produkowałam się pod Witnicą na biwaku. A następnie przyszedł czas na Kanon PTTK i Paradyż, Zieloną Górę i Barlinek. Mimo lutego pogoda dopisywała, a ja dowiedziałam się wielu ciekawostek o miejscach pozornie mi znanych. Luty to również moje pierwsze samodzielne wyzwanie w karierze pilota zagranicznego i wyjazd z zaprzyjaźnioną grupą do Berlina.

Marzec.

Marzec rozpoczął się od dokładnej penetracji Szczecina, również zgodnie z Kanonem Krajoznawczym. Doceniłam uroki tego miasta i przekonałam się, że jest całkiem atrakcyjne turystycznie. Później pojechałam jako pilot do Wilna, nawiązując przy okazji współpracę z kolejnym biurem podróży. W marcu zdobyłam też kolejny szczyt z Korony Gór Polski - a mianowicie Kłodzką Górę. I po raz kolejny pilotowałam wycieczkę do Niemiec, tym razem Stralsund.

Kwiecień.

W kwietniu moja kariera zaczęła się na dobre. Ale zanim rozkręciłam się w pracy pojechałam jako turystka zobaczyć Amsterdam i Ogrody Keukenhof. Kanon Krajoznawczy Polski zaprowadził mnie do Grudziądza, Chełmna i Świecia, a kilkudniowe zlecenia pilotażowe do Trójmiasta, Malborka i na Mazury.

Maj.

Maj był już zupełnie szalonym, ale dobrym miesiącem. Węgry - Budapeszt, Esztegom, Szentendre, Wyszegrad. Znowu Amsterdam i Keukenhof. Malbork, Gniew, Warszawa, Praga, Bratysława, Wiedeń, a także Szlak Piastowski i Wrocław.

Czerwiec.

Czerwiec zaczęłam w moich ukochanych Włoszech, a tam Werona, Wenecja, Asyż, Rzym. Potem znowu Gniew i Malbork, Trójmiasto, Toruń, Kłodawa i Kopalnia Soli. Później na chwilę zastopowałam, bo trzeba się było obronić.

Lipiec.

Najpierw wybyłam na trzy długie tygodnie do Bułgarii budząc w sobie przy okazji zainteresowanie Bałkanami i chęć lepszego ich poznania. Później przyszła pora na to, co lubię najbardziej, czyli nasze polskie piękne góry. Tym razem Pieniny. Trzy Korony, Wąwóz Homole, Dunajec, Zamki Czorsztyn i Niedzica. Oczywiście mój apetyt nie został do końca zaspokojony. Wysokiej nie zdobyłam. Pobliskiego Turbacza również. Muszę tam wrócić!

Sierpień.

W sierpniu walczyłam o zdrowie, więc mniej pracowałam. Ale polskie wybrzeże udało się zaliczyć. Tradycyjnie Trójmiasto, Hel, Jastrzębia Góra, Władysławowo i znowu Malbork. Potem miał być urlop i kilka długich dni w górach. Skończyło się w Łodzi. I projekt Kanon po raz kolejny. Całkiem sympatyczne dni, choć okupione moim złym samopoczuciem.

Wrzesień.

Wrzesień był cudowny, bo znowu w mojej drugiej ojczyźnie, czyli w Italii. Tym razem oprócz Rzymu i Wenecji była jeszcze Florencja, Piza, San Gimignano, Siena i Bolonia, a także kilka dni wypoczynku w Lacjum. Im więcej jestem we Włoszech, tym bardziej uwielbiam ten kraj.

Październik.

Październik to przeprowadzka do Poznania i na nowo oswajanie się z tym miastem. A także Monachium, Węgry, czyli Eger, Budapeszt, Szentendre i Zakole Dunaju, a także Warszawa, Ciechocinek i Praga. Później Auschwitz i Częstochowa.

Listopad.

Zmieniłam studia, poświęcając się już zupełnie turystyce. Podróżowałam niedużo znowuż przytłoczona chorobą. Ale byłam w Auschwitz i Częstochowie raz jeszcze, skończyłam bardzo inspirujący kurs w Zielonej Górze, a także przeszłam Góry Lisie i Góry Kamienne. Przemiły czas. W listopadzie zaczęła się też era jarmarków bożonarodzeniowych - ten listopadowy w Berlinie był chyba najzimniejszy na jakim byłam w tym roku.

Grudzień.

Grudzień też był szalony. Ale dużo w nim było pozytywnej magii. Berlin razy kilka, Tropikalna Wyspa, Gniezno i Fabryka Bombek, Oćwieka, Młodzikowo, a także Drezno i Wiedeń, o których już pisałam na blogu. Sylwestra spędzam w Holandii.

Nie mam na co narzekać. Podróżniczo to był wspaniały rok. Rok, w którym dużo się nauczyłam. Poznałam wspaniałych ludzi. A także odnowiłam znajomości z tymi, z którymi kontakt kiedyś się urwał. Przekonałam się, kto naprawdę jest moim przyjacielem i komu naprawdę na mnie zależy. Nie zawsze było łatwo, ale każde doświadczenie nas przecież czegoś uczy. A w życiu bardzo ważny jest drugi człowiek. Oby jak najwięcej mieć w swoim otoczeniu takich, którzy inspirują i dodają skrzydeł.

Kolejny rok zapowiada się jeszcze lepiej :)

Szczęśliwego Nowego Roku!

wtorek, 23 grudnia 2014

Świątecznie w Wiedniu

     Sobota 20 grudnia. W przededniu Świąt Bożego Narodzenia. Co niektórzy uziemieni w domu na lepieniu uszek i praniu firan. Inni w gorączkowym poszukiwaniu prezentów "na mieście". A ja po kolejnej nocy spędzonej w pozycji "pozwijana jak cocker spaniel" na autokarowym fotelu. Dzień rozpoczęłam od zeznań na policji. Bo zaginiony pijany turysta. Ale spacer pięknie przystrojonymi świątecznymi uliczkami Wiednia z kubkiem najlepszego na świecie grzańca w ręku rekompensuje wszystkie trudy mojej pracy :)





      Jakkolwiek tym razem nie miałam okazji pozwiedzać jednej z moich ulubionych europejskich stolic w towarzystwie jednej z najlepszych przewodniczek, jakie znam (bo obowiązki służbowe), to gdy już spełniłam swoją powinność, odbiłam sobie wszelkie stresy dając się zupełnie pochłonąć atmosferze austriackiej stolicy.

     Faktycznie - wiedeńskie jarmarki mają w sobie najwięcej uroku, z tych, które dane mi było w tym roku zobaczyć.






   
     Na jarmarku jak zwykle - bombki, ozdoby, wszechobecne pierniki, mnóstwo światełek. Na ulicach Wiednia - próby chóru, świąteczne piosenki i kolędy. Co prawda śniegu brak, ale zdecydowanie czuć unoszącą się nad miastem magię Świąt.








     Najważniejszym punktem każdego jarmarku jest jednak jedzenie. Kiełbaski, kapusta, golonka, kasztany, wino...





     Jadalne kasztany, które kojarzą nam się może bardziej z pewnym paryskim placem lub Włochami są na jarmarkach wszędzie. Są smaczne i niedrogie. Zawsze zachęcam turystów, by ich spróbowali.

     Gdy spacerowałam sobie po Wiedniu, moją uwagę na dłużej przykuł pewien fascynujący i nietypowy koncert. Facet grał na butelkach po różnych trunkach. Kolędy, ale również pewne "przeboje" muzyki klasycznej. Wiele osób zatrzymywało się, żeby go posłuchać. Nie ma to jak lokalny folklor :)





     Mam chęć wrócić do Wiednia na dłużej. Przejść go wzdłuż i wszerz, zaglądając przy tym do wszystkich muzeów, kościołów i pałaców. Muszę wpisać tę wycieczkę na listę moich noworocznych postanowień.

A Wasze postanowienia?

Wesołych Świąt wszystkim :)


środa, 17 grudnia 2014

Jarmark Bożonarodzeniowy - Drezno

     Nasi sąsiedzi zza zachodniej granicy zwykli bardzo uroczyście obchodzić okres adwentu. Już w pierwszą niedzielę tego wyjątkowego czasu w większości niemieckich domów pojawiają się adwentowe wieńce z czterema świecami, które są rozpalane po kolei wraz z następującymi po sobie niedzielami Adwentu. Dzieci otrzymują słodkie i sympatyczne kalendarze adwentowe z dwudziestoma czterema okienkami, z których każde kryje jakąś słodką niespodziankę dla malucha i umila mu oczekiwanie na Boże Narodzenie. Na ulicach natomiast pojawiają się różnego rodzaju dekoracje, światełka, choinki, bombeczki, Mikołaje, renifery... Wszystko to na specjalnych targach poustawianych na większych placach miast pod nazwą Jarmarków Bożonarodzeniowych.


     Swoją notkę chciałabym poświęcić jednemu z najstarszych jarmarków w historii - temu na Starym Rynku Drezna, gdzie miałam okazję być w miniony weekend.
     Czym są jarmarki? Na pewno miejscem spotkań. Turystów i mieszkańców miast. Zaczynają się wraz z adwentem i przez cały czas trwania przeżywają naprawdę zdumiewające oblężenie. Ponadto miejscem, gdzie możemy posłuchać świątecznych piosenek, zjeść niemieckiego wursta (kiełbaska, jedna z narodowych potraw - taki niemiecki fast - food - niedrogie to, a całkiem smaczne, warto spróbować! Podawane najczęściej z grilla zapakowane w bułkę niczym hot dog. Najbardziej popularne to Bratwurst, Weisswurst i Currywurst.), napić się przepysznego grzanego wina (Gluhwein - nie wiem, jak Niemcy to robią ani co do niego dodają, ale naprawdę jest dobre. A muszę przyznać, że na co dzień nie jestem specjalną fanką wina.), a także kupić różnego rodzaju ozdoby choinkowe i pamiątki mniej lub bardziej związane ze Świętami Bożego Narodzenia.





     Ważną tradycją niemieckiego Adwentu są pierniki. Tradycja spożywania tych ciastek w miesiącu Bożego Narodzenia narodziła się w Norymberdze, ale szybko swoim zasięgiem objęła cały kraj. Będąc na Jarmarku po prostu trzeba nabyć to korzenne ciacho - pięknie ozdobione. Mówi się, że spożywanie pierników w Niemczech w innym czasie niż Adwent jest traktowane jako swoiste dziwactwo. To ciasto świąteczne, i już.





     Ciekawostką odnośnie wina - oprócz tego, że jest wyjątkowo dobre i fajnie rozgrzewa - jest to, że sprzedawane jest w specjalnych świątecznych kubeczkach - za które jest pobierana kaucja. Jeśli marzy nam się taka pamiątka z kraju sąsiadów - kubeczek zatrzymujemy. Jeśli nie, oddajemy naczynie a kaucja jest nam zwracana. Oczywiście, w dzisiejszych czasach w wielu miejscach grzańce podawane są w zwykłych plastikach, które po prostu się wyrzuca, ale wielu sprzedawców trzyma się jednak kubeczkowej tradycji. Skądinąd, bardzo sympatycznej.




   
     Na jarmarkach znajdziemy mnóstwo ozdób choinkowych i innych, którymi możemy ozdobić nasze mieszkania, żeby umilić sobie grudzień. Nie jest to dziwne, bowiem zwyczaj strojenia choinki (podobnie jak sam zwyczaj przynoszenia drzewka do domu) pochodzi właśnie z Niemiec. Iglaste drzewko symbolizowało wieczne życie. Natomiast ozdoby na nim (początkowo "czym chata bogata" - jabłka, orzechy, kasztany, etc) oznaczały różne aspekty, których nie powinno nam w życiu zabraknąć. Jak powstała pierwsza bombka? Z biedy. Jak wiadomo potrzeba matką wynalazków. Pewien niemiecki rzemieślnik nie mógł pozwolić sobie na udekorowanie drzewka owocami (bo ledwo miał co do garnka włożyć i nie mógł pokusić się o taki zbytek) i na drodze różnych rozmyślań wydmuchał w swojej hucie pierwszą szklaną bombkę. Ten zwyczaj chętnie przyjęliśmy na całym świecie. A kto z nas pamięta, że to było niecałe 200 lat temu i że właśnie w kraju naszych zachodnich sąsiadów?






     Dorośli kupują, jedzą, piją, a dzieci na jarmarkach mają karuzele, mechaniczne (czasem żywe) szopki, różne przedstawienia, koncerty, zabawki, a także - wszechobecnego Św. Mikołaja.










     Jarmarki są różne i znajdują się właściwie na terenie całego miasta. Te w Dreźnie są bardzo urokliwe. Nie dziwne zresztą - w dostojnym otoczeniu perły północnego baroku, lub też północnej Florencji jak zwykło się nazywać miasto - stolicę Saksonii. Ale o zabytkach i walorach Drezna może innym razem ;-)






     Tak czy inaczej - wizyta na jarmarku, oprócz tego, że na pewno wodząca na pokuszenie (zarówno odchudzających się jak i oszczędzających), doskonale wprowadza w klimat nadchodzących Świąt. O ile oczywiście jesteśmy cierpliwi i nie straszne nam tłumy turystów i mieszkańców jakich jarmarki przyciągają. W końcu każdy chce poczuć magię Świąt :)



     A kto zgadnie, gdzie będę w nadchodzący weekend? Tam rzekomo są jedne z najpiękniejszych jarmarków. Kocham moją pracę :)