wtorek, 24 listopada 2015

Cmentarz na Wyszehradzie

     Lubię odkrywać nieznane. Głód wiedzy i świata, a także wiedzy o świecie miałam w sobie zawsze. Wtedy gdy jako mała dziewczynka wertowałam babcine poradniki i wycinałam z nich wszelakie teksty i podróżach. Wtedy, gdy zawieszałam ścianę w swoim dziecięcym pokoju mapami świata i różnych krajów. Wtedy gdy na miarę możliwości korzystałam z różnych form wyjazdowych, jakie były organizowane przez moje szkoły i drużyny harcerskie. Wciąż marzę o nowych miejscach, regionach, krajach. Te marzenia dają mi kopa do codziennego działania i... nie pozwalają usiedzieć w miejscu.
     Ale jestem też cholernie sentymentalna. Szybko się przywiązuję. Nawiązuję relacje. I lubię powracać do miejsc, które już znam, a z którymi wiążą mnie różnego rodzaju wspomnienia. Ponadto, gdy przejdę już dane miasto szlakiem absolutnych "must see", lubię do niego powrócić, by zobaczyć również jego mniej turystyczne oblicze, by wejść do każdej mysiej dziury i... nasycona kolejnymi wrażeniami, powrócić tam po raz kolejny i po raz kolejny odkryć coś nowego.
     Tak też było w moim życiu z Pragą. To na pierwszej wycieczce do Pragi poznałam osobę, która zasiała we mnie ziarno inspiracji do zostania pilotem i przewodnikiem wycieczek. Wprost przepadam za powrotami do czeskiej stolicy. Lubię tamtejszy język, humor, filmy, literaturę, kuchnię, fascynuje mnie ta historia, urzekają zabytki. I ciągle są w Pradze miejsca, których nie dane mi jeszcze było odkryć mimo, że jestem tam kilka razy w roku. Może tu tkwi sedno powiedzenia, że apetyt w miarę jedzenia wzrasta. Im więcej się dowiaduję, tym więcej mam do zobaczenia.
      Jednak jako miłośniczka cmentarzy, na swojej prywatnej, nieturystycznej (lub darkturystycznej) liście praskiego top 10 umieściłam dwie nekropolie Miasta o Stu Wieżach. Pierwszą z nich, tą o której opowiem Wam dzisiaj, jest Cmentarz na Wyszehradzie. Natomiast drugą - praski kirkut.
     Wzgórze wyszehradzkie jest miejscem, gdzie według legendy zostało założone miasto Praga. Dlatego po dziś dzień znajdują się jedne z najstarszych zabytków czeskiej stolicy.



      Cmentarz jest jednym z nim. Pierwsza nekropolia na tym miejscu została założona jako przyparafialny cmentarz kościoła śś. Piotra i Pawła już w XVII wieku. Natomiast obiekt, po którym spacerujemy dzisiaj swojego kształtu i wyglądu nabrał w XIX wieku. Świadczy o tym chociażby architektura tuż obok cmentarza - ozdobiona galerią monumentalnych rzeźb przedstawiających postacie z czeskich legend i opowieści.
     W 1898 roku władze miasta podjęły decyzję, że cmentarz ten będzie zarezerwowany dla ważnych osobistości Pragi i Czech. Nie dziwne zatem, że pochowane są tu takie sławy jak Dvorak, Neruda, Capek czy Smetana.





      Każdy pomnik jest swoistym dziełem sztuki. Cmentarz na Wyszehradzie jest jednym z najważniejszych czeskich cmentarzy, chociaż znajduje się poza utartym turystycznym szlakiem. Nawet w szczycie sezonu to miejsce pełni swoją funkcję - nie jest specjalnie uczęszczany, każdy kto szuka chwili wyciszenia i refleksji, spokojnie może udać się tam o każdej porze roku.







      Ja osobiście byłam tym miejscem po prostu zauroczona. W świetle lipcowego poranka cmentarz wyglądał malowniczo. Chociaż upał wzrastał z każdą minutą, a program zwiedzania na tamten dzień był mocno napięty, ja po prostu chciałam tam być. Mogłabym spokojnie spędzić na Wyszehradzie cały Boży dzień, latając z aparatem po cmentarzu i zachwycać się każdym nagrobkiem po kolei.

     Polecam :)

Monte Cassino

     Też macie tak, że czujecie zapachy? Wiążą się one dla Was z pewnymi wspomnieniami? Że w jednej chwili, zupełnie przypadkowy zapach przywodzi Wam na myśl konkretne zdarzenie, miejsce, tudzież osobę z przeszłości? Ja jako osoba w ogóle wrażliwa na zapachy, smaki, dotyki, energię wszelaką - mam tak bardzo często.
     I tym też sposobem, zapach, który o poranku niepostrzeżenie wkradł się do mojego mieszkania, zabrał mnie gdzieś bardzo daleko od jakże znanych mi czterech ścian. Może sprawił to fakt, że powietrze bardziej pachniało wiosną niż jesienią w pełnym rozkwicie. A może myśl o urlopie, z którego powinnam właśnie korzystać. Może słownik, który leżał na moim łóżku (dział architektura - kurs przewodnika w pełni). W każdym razie ni stąd, ni z owąd znalazłam się - a jakże - w moich ukochanych Włoszech.
     Na jednym z najbardziej znanych mi polskich miejsc na włoskiej ziemi. Czyli na polskim Cmentarzu Wojennym na Monte Cassino. 
     Uczyłam się o Cassino na historii. Słuchałam podczas harcerskich gawęd przy ognisku. Szablony z wizerunkiem niedźwiedzia Wojtka po dziś dzień odnajduję w moich dokumentach, teczkach i zeszytach. Ale nie rozumiałam tego miejsca. Nie czułam go, dopóki nie było mi dane tam pojechać.
     Wzgórze Monte Cassino (nieco ponad 500 m.n.p.m), dostojnie spoglądające na przyjezdnych i miejscowych jest miejscem ważnym historycznie nie tylko ze względu na bitwę, która tam się rozegrała. Znajduje się tam również opactwo zakonu benedyktynów - jednak o tym miejscu może innym razem, w innym tekście :)



     Jeśli zaś chodzi o sam cmentarz, nie byłoby go, gdyby nie strategiczne położenie wzgórza. Na drodze z włoskiego Południa do Rzymu. Już od czasów starożytnych mawiano, że kto zajmie Monte Cassino, temu Półwysep Apeniński będzie leżał u stóp. Tak też stało się w trakcie II wojny światowej. Bitwa o Monte Cassino, rozgrywająca się w pierwszej połowie 1944 roku była jednym z ważniejszych wydarzeń tej wojny we Włoszech. Jakkolwiek jej skutki odbiły się echem nie tylko w Italii, ale również w całej Europie, zdobywanej stopniowo przez wojska alianckie.
     Swoją rolę w trakcie bitwy odegrali również polscy żołnierze pod wodzą generała Władysława Andersa. 
     Idea powstania cmentarza narodziła się w głowie generała już podczas trwania bitwy. Tylu żołnierzy traciło tam życie... Nie bez kozery siodło, w którym został usytuowany cmentarz, zostało nazwane "Doliną śmierci". 
     Tym sposobem rozpoczęła się trwająca od 1944 do 1945 roku budowa nekropolii, która zakończyła się uroczystym otwarciem 1 września 1945. Na cmentarzu pochowano ponad 1000 żołnierzy. Co roku 18 maja odbywają się patriotyczne uroczystości organizowane przez polskie środowiska, ku czci poległych. 



     Sam inicjator budowy cmentarza zmarł w 1970 roku w Londynie. Jednak w swojej ostatniej woli wyraził chęć spoczywania wśród swoich żołnierzy, na Monte Cassino. Życzenie generała zostało spełnione i dziś grób Władysława Andersa oraz jego żony stanowi centralny punkt cmentarza. Miejsce, gdzie obok wizerunku Orderu Virtuti Militari składane są kwiaty i biało - czerwone znicze. Miejsce, gdzie bije polskie serce cmentarza...



     Cała nekropolia robi zresztą ogromne wrażenie. Jest tam przestrzeń, ład, porządek, Pewna chronologia. Stała się jedną z ważniejszych miejsc pamięci polskiej poza granicami naszego kraju. 
     Spacerując, czy to reprezentacyjną aleją wiodącą od bramy głównej (i znajdującego się obok miniaturowego - dosłownie - muzeum wydarzeń bitwy o Monte Cassino), do grobu Generała i górującego nad nim wielkiego krzyża, czy to wąskimi dróżkami pomiędzy skromnymi, ale bardzo wymownymi grobami poległych, czuć moc tego miejsca i dziejących się tam wydarzeń. Tam człowiek po prostu czuje się dumny z tego, że jest Polakiem.




    Maków na Monte Cassino nigdy nie widziałam (chyba, że te przywiezione w wiązankach przez turystów i pielgrzymów). Ale fakt faktem, że ziemia cmentarza, ziemia miejsca, na które spłynęło tyle polskiej krwi, jest terenem wyjątkowym dla każdego z nas. 
      Zawsze wracam tam z wielką przyjemnością. Razem z moimi grupami mogę po raz kolejny przeżywać to wzruszenie. Mój ostatni pobyt na Monte Cassino był chyba najbardziej wyjątkowym z możliwych. Wszystko z racji Pana J., mojego turysty, którego ojciec i brat walczyli pod Monte Cassino. Mało tego, brat tego Pana sam osobiście zajmował się opieką nad Niedźwiedziem Wojtkiem - tym oswojonym "misiem", który skutecznie zmylił Niemców i przyczynił się do sukcesu bitwy. Muszę przyznać, że niezwykłym przeżyciem było posłuchać o wydarzeniach tamtych dni od świadka historii. To dodatkowo wzmocniło magię moich wspomnień związanych z cmentarzem na Monte Cassino. 



      W samym miasteczku Cassino znajdują się jeszcze inne cmentarze wojenne - niemiecki i angielski. Ale dla nas - Polaków - ten polski - powinien znaleźć się na liście miejsc obowiązkowych do zobaczenia podczas pobytu we Włoszech :)

wtorek, 3 listopada 2015

Cmentarz Łyczakowski we Lwowie

     Pierwszy cmentarz, na który Was zabiorę podczas naszej listopadowej podróży to cmentarz Łyczakowski we Lwowie. Z opisywanych w tym moim pierwszym blogowym cyklu jest też pierwszym, który odwiedziłam. Już prawie pięć lat temu, w czasach, kiedy Ukraina była jeszcze zupełnie innym krajem, nienaznaczonym wydarzeniami rozgrywających się tam konfliktów wojennych.

     Jako osoba wiecznie głodna podróży, wiedzy i świata, ale prowadząca jeszcze wówczas zdecydowanie bardziej osiadły tryb życia niż teraz (z racji wymagających studiów na filologii angielskiej, z racji początków pracy w szkole językowej...), kiedy tylko nadarzyła się okazja wyjazdu do Lwowa, od razu z niej skorzystałam. Pamiętam radość przygotowań. Pamiętam sympatyczny niepokój, czy na pewno uda się o czasie wyrobić paszport (jako rozpaskudzone dzieci Unii Europejskiej zapomnieliśmy ze znajomymi, że na Ukrainie dowód osobisty nie wystarczy). Pamiętam wreszcie długą podróż, postój na granicy, spanie w starej odrapanej szkole i bieganie po Lwowie w 30 stopniowym upale w mundurze harcerskim (gdyż był to wyjazd na zlot skautowy). I moment, który najbardziej mnie poruszył, czyli wizytę na Cmentarzu Łyczakowskim, a zwłaszcza na Cmentarzu Orląt Lwowskich.





     Jakkolwiek w całym Lwowie czułam polską atmosferę, czułam się tam po prostu dobrze, tak na lwowskiej nekropolii to poczucie swojskości ustąpiła miejsca pewnemu wzruszeniu. Już wtedy narodziło się w moim sercu przekonanie, że każdy Polak, na miarę możliwości, powinien zobaczyć wszystkie nasze polskie cmentarze poza granicami kraju, aby zrozumieć bardziej historię naszego kraju, nasze dziedzictwo i poczuć, z czego wyrastamy. Dzisiaj, pracując w turystyce, niejednokrotnie odwiedzam te największe i najważniejsze nasze nekropolie i za każdym razem, wraz z moimi grupami, na nowo mogę przeżywać to wzruszenie patrząc na te miejsca oczami moich turystów.
     Jeśli zaś chodzi o Cmentarz Łyczakowski, być może bardziej niż zwykle czułam wyjątkowość tego miejsca, ze względu na fakt spacerowania po nim w mundurze harcerskim. Byłam wówczas świeżo upieczoną podharcmistrzynią i bardzo cieszyłam się, że ten mój szary znoszony mundur mogę zawieźć aż do samego Lwowa. Mój związek z ZHP jest obecnie dosyć skomplikowany (turystyka jest bardzo wymagającą miłością i nie bardzo lubi konkurencję), ale zawsze będzie zajmował pewne miejsce w moim sercu, zawsze na swój sposób o nim pamiętam, nawet jeśli nie działam już zbyt aktywnie w harcerstwie. Ale wtedy, pięć lat temu, był to jeden z ważniejszych aspektów mojego życia, więc uskrzydlał mnie fakt, że już jako druhna podharcmistrz, jestem na jednej z najważniejszych nekropolii w dziejach kultury polskiej.




       Cmentarz Łyczakowski we Lwowie jest już cmentarzem dosyć wiekowym. Założony został w roku 1786, a jego powołanie do życia stanowiło odpowiedź na zalecenia cesarza Józefa II, który z obawy przed wybuchem epidemii nakazywał przenoszenie miejsc pochówku zmarłych z terenów przyparafialnych poza granice miast. Cmentarz ten pierwotnie miał być nekropolią jedynie dla mieszkańców lwowskiego śródmieścia, szybko jednak stał się najistotniejszym i najbardziej reprezentacyjnym cmentarzem Lwowa. Rozrastał się on stopniowo dzięki zakupom kolejnych działek od prywatnych właścicieli, aby w 1856 roku uzyskać wreszcie obecną powierzchnię 42 hektarów.
      Wygląd cmentarza zmienił się w 1855, kiedy pod opiekę otrzymał go botanik, pracownik uniwersytetu we Lwowie, Karol Bauer. Razem z ówczesnym zarządcą Tytusem Tchórzewskim, nadali nekropolii charakter podobny do parku krajobrazowego. Dlatego też dzisiaj możemy spacerować po terenie podzielonym na konkretne strefy krajobrazowe, które łączą rozmaite alejki i ścieżki. Tym co pomogło przy nadawaniu cmentarzowi parkowego charakteru, było jego naturalne położenie na jednym z miejskich wzgórz oraz rosnący już na tym miejscu starodrzew.





      Kiedy mieszkańcy Lwowa stopniowo bogacili się, co miało miejsce zwłaszcza na przełomie XIX i XX wieku, kiedy to miasto przeżywało swój największy rozkwit, pomniki rosnące na Łyczakowie nabierały coraz bardziej eleganckiego charakteru, wyróżniały się nie tylko coraz wyższym poziomem artystycznym, ale również powiązaniami z panującymi wówczas stylami architektonicznymi - historyzmem, secesją, a także art deco. Niestety, to co obecnie możemy zobaczyć na cmentarzu, to efekty różnych wydarzeń XX wieku. Nie tylko II wojny światowej, ale również dalszej eksploatacji nekropolii. Wiele nagrobków po ekspatriacji dawnych lwowian zostało bez opieki, nie miał kto o nie dbać. Dlatego też nowe nagrobki szybko i systematycznie zastępowały te stare. Zabytkowe pomniki były niszczone na rzecz tych produkowanych całymi seriami w poprzednim systemie przez miejski kombinat usług pogrzebowych, tych pozbawionych smaku i charakteru...





     Dopiero rok 1975 przyniósł decyzję o objęciu nekropolii ochroną - jako miejsca zabytkowego, a co za tym idzie - o zaprzestaniu nowych pochówków. Jednakże decyzja ta pokazała, że są równi i równiejsi, nawet wobec kwestii tak kluczowej, jak ochrona dziedzictwa kulturowego i pewni "zasłużeni" ciągle dostawali nowe nagrobki na rzecz starych. Mało tego, w 1990 roku wytyczono tuż przy głównym wejściu pole Honorowych Pochówków Ukraińskich. Można zatem stwierdzić, że cmentarz na Łyczakowie doczekał się godnej opieki dopiero po zmianie ustroju, w połowie lat 90 XX wieku.

      Wybitnych Polaków, wielce zasłużonych dla historii i kultury naszego kraju, pochowanych na Cmentarzu Łyczakowskim, jest tak wielu, że nie sposób wymienić ich wszystkich w jednym skromnym tekście. Trudno nawet odwiedzić grób każdego z nich podczas jednej tylko wizyty na cmentarzu. Bogaci mieszczanie, wojskowi, naukowcy, działacze, kapłani, literaci, zespół cmentarzy wojskowych, a w nim Cmentarz Orląt - czyli najmłodszych uczestników pamiętnych walk z okresu międzywojnia. Nazwiska takie jak Zapolska, Markowski, Chmielowski, Gostyńska, czy Grottger, są tutaj czymś jakby oczywistym.








      Wrażenia, jakie pozostawia w Polaku wizyta na Łyczakowie można próbować opisać. Ale można też pojechać do Lwowa i samemu to poczuć. I do tego też serdecznie zachęcam :)

Tam, gdzie życie przypomina nam o przemijaniu...

     Wczoraj był Dzień Zaduszny, przedwczoraj Wszystkich Świętych, dwa dni temu Halloween lub jak kto woli - Święto Dyni. Każdy z tych dni przypomina nam o przemijaniu, dawnych pokoleniach, a także o tym, do czego zmierza nasze życie. Wyjątkowym miejscem, które najbardziej nastraja do refleksji o tym co jest, co było i co będzie, jest cmentarz. Niezależnie od tego, czy jest to współczesna nekropolia na 100 hektarów, czy też niewielki zabytkowy cmentarzyk parafialny.

     Już kiedyś, przy okazji wspomnień z paryskiego Pere Lachaise, napomknęłam, że mam wyjątkową słabość do cmentarzy. Mam i zawsze miałam. I pewnie tak mi już zostanie. Tak samo jak miłość do żyraf. Choć cmentarze były w moim sercu od zawsze - to chyba wrodzone, a żyrafy są nabyte (od czasów szkolnych...), więc może przez to silniejsze. Jakkolwiek rzadziej mogę tę miłość okazywać.





     Ale jest listopad. Najbardziej refleksyjny miesiąc roku. Jesień już coraz rzadziej "polska złota", a bardziej deszczowa i pochmurna. Coraz zimniej. Dni takie, że chciałoby się zaszyć pod kocykiem z ciepłą herbatą i dobrą książką. Byle do Świąt, Sylwestra, ferii, byle do wiosny. Ale przecież każdy moment jest w życiu ważny. Nie ma chwili, która nic nie znaczy. Dlatego ja, w ramach celebrowania tego nostalgicznego listopada, chciałabym zabrać Was w podróż po cmentarzach. Tych polskich i europejskich.




     Warto uświadomić sobie, że cmentarze to nie tylko te smutne i ponure miejsca, które muszą kojarzyć się z żałobą, śmiercią i nieuchronnością ludzkiego losu. Wszelakie nekropolie, w każdym miejscu, gdzie podróżujemy, są również obiektami godnymi odwiedzenia. Wspaniałe założenia parkowo - ogrodowe. Swoiste dzieła sztuki i architektury. Miejsca pamięci. Miejsca, gdzie jak nigdzie indziej na świecie czuć łączność pokoleń - pomiędzy tymi, których już nie ma, a tymi, którzy żyją obecnie.

     Gdyby zacytować Stachurę, który mówił, że "wędrówką jedną życie jest człowieka", to możemy spojrzeć na cmentarz, jako miejsce, gdzie poddać refleksji możemy naszą podróż przez życie. Dlatego też, mając okazję - sama zawsze znajdę na cmentarz w miejscu, które odwiedzam. Gdy jestem prywatnie, nie mam żadnych wątpliwości, że powinnam zobaczyć lokalną nekropolię. Kiedy pracuję z grupą, też staram się wykorzystać okazję i pokazać turystom okoliczne cmentarze.

     W trakcie naszej blogowej listopadowej wędrówki chciałabym pokazać Wam cmentarze, które z różnych powodów najbardziej zapadły mi w pamięć. Na Pere Lachaise już razem byliśmy (post z sierpnia), więc pozwolę sobie go pominąć, choć jest on jak dotąd moim numerem jeden :) Ale wrócę wspomnieniami do wileńskiej Rossy, do lwowskiego Cmentarza Łyczakowskiego, do praskiego Wyszegradu i Cmentarza Żydowskiego. Do moich ukochanych Włoch zajrzymy na Monte Cassino.  Na pewno znajdzie się też miejsce na Cmentarz na Pęksowym Brzysku, w Szczecinie, Łodzi  i kilka poznańskich nekropolii, które mam zamiar w najbliższym czasie odwiedzić.

     A na początek sięgnę do różnych źródeł, żeby przypomnieć, czym w ogóle jest cmentarz i dlaczego to takie wyjątkowe miejsce. Każda nekropolia to niezwykły obiekt w przestrzeni, stworzony przez człowieka. Gdyby zerknąć do definicji prawnych traktujących o cmentarzu, możnaby przeczytać, iż "jest to wyraźnie oznaczony i odgraniczony teren przeznaczony do grzebania zmarłych, na którym znajdują suę mogiły wyodrębnione w zwyczajowo przyjętej formie wizualnej". Zatem jest to teren służący pochówkom, a także pielęgnowaniu pamięci o tych, którzy odeszli.




     Z jednej strony istnienie cmentarzy kłóci się z logiką. Wydawać by się mogło, że najprościej byłoby się pozbywać doczesnych szczątków - chociażby poprzez kremację. A my tymczasem nie tylko nie niszczymy tych pozostałości, ale dodatkowo staramy się je zatrzymać na jak najdłużej - wymyśliliśmy układanie w trumnie, a nawet mumifikację. Skąd to wszystko się wzięło?

     Niektórzy pochodzenia cmentarzy upatrują wierze ludów pierwotnych w naszą przedwieczną Matkę Ziemię, Matkę Naturę, która daje nam życie, a w pewnym momencie nakazuje nam wrócić do swojego łona. Stąd też najstarsza forma grobu - czyli kurhan ziemny, który swoją budową nawiązuje do żeńskich narządów. To właśnie kurhan dał początek innym późniejszym mogiłom - zarówno tym ziemnym jak i nawet piramidom, które są niczym innym jak jego realizacją w kamieniu.



     Ludzie od zarania dziejów wierzyli w różne formy życia pozagrobowego, nie dziwne zatem, że narodziło się pragnienie zachowania zwłok. Śmierć stanowiła wrota, przejście do innego świata. A jednak były też takie kultury, które szczątki paliły, rzucały dzikim zwierzętom na pożarcie lub też pozostawiały do samoistnego rozkładu. Jakby po śmierci nie oddawano czci i pamięci zmarłym, ale dbano o to, by zmarli nie wrócili do naszego doczesnego świata.



     Jednak w większości cywilizacji wierzono, że zmarłemu będzie niegdyś dane kontynuowanie ulubionych czynności. Dlatego też archeologowie ciągle znajdują pochowanych z drobnymi przedmiotami codziennego użytku oraz dewocjonaliami - np. różańcami czy też medalikami. Niektórzy byli też chowani z bronią lub różnorakimi ozdobami. Wszystko to dla ochrony, modlitwy, możliwości zachowania swoich przyzwyczajeń nawet po śmierci. A może w gotowości do rychłego zmartwychwstania?

     W każdym razie, cmentarz stanowi miejsce granicy pomiędzy światem żywych i umarłych, przez co miejsce pochówku obwarowane jest różnymi normami religijnymi i obyczajowymi. Najważniejszą z nim jest przekonanie, że cmentarz jest miejscem świętym, a co za tym idzie nienaruszalnym. Ten aspekt jest najsilniej respektowany w kulturach judaizmu oraz islamu. Dla przedstawicieli tych kultur, dopóki znana jest lokalizacja grobu, dopóty dane miejsce nie może być wykorzystane w żaden inny sposób. Chrześcijaństwo natomiast dopuszcza możliwość zastąpienia grobu po określonych przedsięwzięciach i po upływie pewnego czasu.

     Nekropolie stanowią też osobliwą galerię sztuki. Cechą charakterystyczną, dla tej galerii jest występowanie obok siebie dzieł wybitnych artystów i obiektów nijakich, amatorskich, a czasami wręcz pretensjonalnych. Jednakże dzięki temu cmentarze stanowią też świadectwo swoich czasów - przecież w każdej epoce żyją i tworzą obok siebie ludzie o wyjątkowym talencie i ci zupełnie przeciętni. Każdy okres w dziejach ludzkości ma swoje dobre oblicze, ale i ciemną stronę. Tym sposobem cmentarze ukazują całą prawdę o czasach, w których zostały stworzone: są realizacją ich nurtów architektonicznych i artystycznych, ukazują strukturę społeczną danej epoki, jej zainteresowania i tradycje.




     Według statystyk w Polsce działa dziś około 30 tysięcy cmentarzy. Oprócz tego mamy wiele cmentarzy nieczynnych, a także polskich nekropolii poza granicami naszego kraju. Losy cmentarzy również przypominają nam o nieuchronnej przemijalności - niektóre nekropolie są zadbane i odwiedzane, na pozostałe zagląda coraz mniej osób, w końcu niszczeją, pomału ulegają rozpadowi i znikają. Można zatem powiedzieć, że cmentarze same w sobie również podlegają regule przyrody, są jej wyraźnym pomnikiem - jak wszystko inne, po upływie określonego czasu - umierają. Niektóre z nich są na tyle piękne i wyjątkowe, że bardziej niż inne, chciało by się zachować je od zapomnienia.



niedziela, 1 listopada 2015

Czerwone dekagramy neapolitańskiego szczęścia







     Pamiętam, gdy kilka lat temu, jako studentka przeprowadzałam się do Włoch - pełna obaw i wątpliwości. Czy poradzę sobie sama na drugim końcu Europy, czy nie będę za bardzo tęsknić za rodziną. Czy ogarnę życie w innym kraju. Jak dotąd życie na - nawet chwilowej - emigracji - pozostawiło we mnie bardzo ambiwalentne uczucia. Choć w tle zawsze jednak była myśl, że jeździć, podróżować, zwiedzać, poznawać - owszem. Ale żyć i mieszkać tylko w Polsce. Najlepiej gdzieś niedaleko rodzinnego domu. Ponadto byłam zmęczona moim ówczesnym życiem. Rozpoczęte jedne studia, gdzieś w trakcie obrona na tych poprzednich, praca w jednej i drugiej szkole, udzielanie korepetycji, kurs pilota wycieczek. Dzisiaj wiem, że warto było przez ponad rok prowadzić tak intensywny tryb życia, żeby być w tym punkcie, w którym jestem teraz. Ale wtedy - nie wiedziałam, co z tego wszystkiego będzie i byłam po prostu znużona. Tak samo jak czekałam na tę włoską emigrację, tak jednak na swój sposób się jej bałam. I jak to zwykle bywa, miałam po raz kolejny w życiu szczęście trafić na ludzi, którzy mnie zainspirowali i mi pomogli. Od jednej z tych osób usłyszałam wówczas: "Zobaczysz, na Południu nabierzesz dystansu do życia. Wszystko się poukłada." Za prawdziwość tych słów chciałabym tej osobie dziękować dzisiaj każdego dnia. I dziękuję, kiedy tylko mam okazję :)

      Dzięki mojej pracy mam teraz sposobność wracać do Włoch dobre kilka razy w roku. I zawsze są to dla mnie magiczne chwile. Ale ciężko przecież mówić o Italii jako o tworze homogenicznym. Włoski but ma całe mnóstwo twarzy, które kształtują obecne podziały regionalne, a także dawne wynikające z burzliwej i skomplikowanej historii kraju. Szykując się do kolejnego wyjazdu przeczytałam ostatnio, że we Włoszech chyba tylko jedzenie jest proste (i dlatego takie pyszne!). I coś w tym jest. Dzisiaj chciałabym napisać o regionie, do którego mam wyjątkowy sentyment. Z racji życia, mieszkania, studiowania tam. Z racji jego pięknych krajobrazów. Z racji błękitnego nieba, niebieskiego morza, zacnych górskich szczytów, królującego nad zatoką najbardziej tajemniczego wulkanu świata, czyli Wezuwiusza.Z racji zabytków noszących znamiona wielu kultur i wielowiekowej historii. Z racji najlepszej kuchni (ok. - miłośnicy i mieszkańcy regionu Emilia - Romania teraz pewnie mnie zlinczują, bo wg nich tam włoska kuchnia jest najlepsza - ale dla mnie co południowe klimaty, to jednak południowe) - pizzy, foccaccia, spaghetti all'aglio e olio. Z racji pogody - typowo śródziemnomorskiej. I po raz kolejny - z racji magii jaką noszą w sobie mieszkańcy Południa.


                                                 



     A także ci, którzy swoje życie z Południem związali. Jest to pewna magia na pograniczu szaleństwa. Regiony położone na południe od Rzymu zmagają się z wieloma problemami wewnętrznymi jak i z zagrożeniami z zewnątrz. Jest bieda, duże bezrobocie. Miasta rozrastają się, a nie ma już miejsca, żeby budować nowych mieszkań. Są klęski żywiołowe, są uchodźcy przybywający tłumnie przez wyspy Morza Śródziemnego. Jest camorra - czyli odpowiednik sycylijskiej mafii. Jest korupcja, oszustwa. Jest bałagan. Jeśli nie czujesz klimatu tego regionu, po pierwszym wjeździe do Neapolu - korki, krzyki, hałasy, brud na ulicy - możesz od razu znienawidzić to miasto. Nieraz słyszę narzekania kolegów kierowców na to miasto. Nieco rozczarowanych albo też oczarowanych tym miejscem turystów.

     Ale jeśli otworzysz nieco szerzej oczy - i serce, serce przede wszystkim, to na pewno pokochasz Południe. Za jego szczerość, bezpośredniość, prostolinijność. Nie umiałabym tam żyć na stałe. Zdaję sobie sprawę z jego wad i mankamentów. Ale lubię tam wracać. A gdy pomyślę o mieszkańcach Sud d'Italia, zaraz ogarnia mnie nostalgia.

     Dlaczego? Otóż nie wiem, z czego to wynika, ale mieszkańcy południowych Włoch, przynajmniej ci, których miałam szczęście spotkać na swojej drodze, to najcieplejsze osoby jakie znam. Może ma na to wpływ śródziemnomorski klimat, w którym żyją. Może krajobrazy, które ich otaczają - góry, lasy, jeziora, morze. Może wpływy wielu kultur (widoczne po dziś dzień w światowej klasy zabytkach i dziełach sztuki). A może pyszne jedzenie (bo przecież człowiek dobrze nakarmiony łagodnieje...). Albo charakterystyczna muzyka (pieśni neapolitańskie przecież zostały uznane za krajowe dziedzictwo). Sama nie wiem. Ale myślę, że każdemu z nas - zabieganych i zajętych codziennymi sprawami, stresujących się rzeczami, na które nie mamy wpływu - potrzebna jest nieraz włoska lekcja życia. Niejeden by powiedział - olewactwo. A ja myślę sobie - radość z najmniejszych rzeczy, akceptacja tego co jest i odnajdowanie szczęścia w najprostszych aspektach naszej codzienności.

      Od Południowców otrzymałam wiele wspaniałości. Pomoc, gdy zabłądziłam w deszczowy lutowy wieczór, wsiadłam do złego autobusu i wylądowałam w zupełnie innym mieście niż chciałam. Teraz bym pośmiała się sama z siebie i szybko znalazła sposób powrotu. Ale wtedy mieszkałam we Włoszech zaledwie od kilku dni, bałam się swojej językowej ułomności i cała sytuacja urosła do rangi dramatu. Wystarczył jeden telefon do włoskich przyjaciół, którzy porzucili swoje sprawy i tak szybko jak się udało przyjechali po mnie. Innym razem przyszło mi się zmierzyć z włoskimi realiami - strajk autobusów - akurat w dzień najważniejszego egzaminu. I wtedy znalazł się wybawca, który bez problemu zawiózł mnie na uczelnię. Zawsze był ktoś, kto zadzwonił wyciągnąć mnie na pizzę czy też rodzinny obiad. Ktoś kto sprawił, że tysiące kilometrów od domu, nigdy nie było mi smutno ani samotnie.

     Dzisiaj wracam do Włoch jako pilot. Uwielbiam te momenty. I staram się jak mogę przekazać moim grupom choć trochę tej mojej miłości i sentymentu do tego kraju. Kiedy w programie wycieczki jest również wyjazd na Południe, wiem, że na pewno mi się uda. Obsługa w hotelu od razu jest inna. Sympatyczniejsza, bardziej otwarta i pomocna. Wiem, że z racji znajomości języka, jest mi trochę łatwiej. Ale są rzeczy, które ludzie czują, nawet jeśli komunikacja zostaje ograniczona do aspektów poza werbalnych. Zresztą wśród tak ekspresyjnych ludzi, słowa wydają się nieraz zbędne :)

      Każdy taki powrót na Południe to dla mnie następna lekcja, refleksja nad życiem i codziennością. W listopadzie tej refleksji nie brakuje i w naszych polskich klimatach. A ja będę wracać myślami do pewnych kluczowych słów, które dane było mi w tym minionym sezonie usłyszeć. Ostatnio najczęściej myślę o tym, co usłyszałam od znajomego (oczywiście rodowitego Południowca) - "jutro jest już inny dzień". Troski, które przeżywasz teraz będą zupełnie inaczej wyglądały w świetle jutrzejszego poranka, spojrzysz na nie innym, świeższym okiem. Rzecz wręcz banalna - a jak często o niej zapominamy...

     Południowe odnajdowanie szczęścia w najprostszych rzeczach sprowadza się do radości bycia z drugim człowiekiem. Czy jest sens martwić się rosnącym bezrobociem, czy tym, że Wezuwiusz może znowu wybuchnąć, jeśli nadal nad głową świeci słońce, a wokół siebie masz rodzinę i oddanych przyjaciół? Szczęściu możesz dopomóc poprzez różnego rodzaju amulety i symbole. Jednym z takich symboli jest czerwony rożek - pochodzeniem nawiązuje jeszcze do wiary starożytnych w dobrodziejstwa życiodajnego rogu obfitości. Kolor czerwony to kolor życia, radości, miłości - wszystkiego tego, co dobre. Wystarczy to połączyć, by mieć niezastąpiony amulet - który może stanowić pamiątkę z podróży do Włoch. Na ulicach Neapolu i innych miast Kampanii nie sposób nie nabyć czerwonej papryczki - wszędzie ich pełno. Mają przynosić szczęście - a właściwie - jak głosi legenda - odpędzać wszelakiego pecha. Dzwoneczki przytroczone do papryczek mają informować nas o nadchodzących kłopotach - chociaż kiedy podzwaniają od razu odpędzają je od nas - jesteśmy bezpieczni.

                                               

     Cała magia polega jednak na tym, że nie możesz sobie wyjść po prostu na neapolitańską ulicę i zakupić kilkanaście - kilkadziesiąt dekagramów szczęścia w postaci czerwonych breloczków - papryczek. Żeby amulet działał - musi być podarowany przez kogoś. Kogoś, kto życzy nam dobrze. Ze szczerego serca. Więc jeśli jesteś we Włoszech któryś raz z rzędu, masz dosyć wożenia do Polski wina i magnesów na lodówkę, a chciałbyś jakoś sympatycznie obdarować swoich bliskich - polecam czerwoną papryczkę. Mała rzecz, a cieszy :) W dodatku podarowana w dobrych intencjach może komuś przynieść trochę szczęścia. I nie potrzeba lepszych prezentów.

     Moja rodzinka jest już obdarowana. Ja też posiadam kilka swoich papryczek. Jedną dostałam od koleżanki - przewodniczki po Kampanii. Wspaniałej osoby, która z wielkim uczuciem, zaangażowaniem i wiedzą opowiada o zawiłościach Południa. Osoby, z którą od pierwszej chwili zaczęłyśmy nadawać na tych samych falach. Od kiedy znam Basię, jeszcze bardziej lubię powroty do Neapolu, bo oznaczają one dla mnie kolejne spotkanie z nią :) Drugą papryczkę mam od kolegi kierowcy z najweselszej i najsymaptyczniejszej ekipy, z jaką przyszło mi kiedykolwiek pracować. A że chłopaków poznałam w niełatwym dla mnie momencie, miło było mi wiedzieć, że mogę liczyć na ich wsparcie i miłą współpracę. Trzecia papryczka, ta która została przytroczona do mojej legitymacji pilota, została mi podarowana przez sprzedawcę w podziękowaniu za to, że rozreklamowałam grupie jego stoisko. Każda z nich to dla mnie przefajne wspomnienia :)

     Takich Wam też życzę. Nie tylko dzięki pamiątkom z Włoch. Ale z każdej - dalszej i bliższej podróży.

                                                 

czwartek, 29 października 2015

Koniec absencji :)

     Wraz z każdym intensywnym momentem w moim życiu zawodowym, pisanie bloga odchodzi trochę na drugi plan. Mimo setek pomysłów na nowe teksty, brakuje mi czasu na refleksje i na nadanie im ogłady, w związku z czym pomysły ulatują gdzieś hen hen... Jeśli do wzmożonej pracy dojdzie rewolucja w życiu prywatnym, zupełnie zapominam, że obiecałam, że we wrześniu pojawią się kolejne posty. Tymczasem tu październik niemalże dobiegł końca, a ja dopiero postanawiam przerwać blogową, nie do końca zamierzoną abstynencję.

     Jeżdżąc od drugiej połowy sierpnia do pierwszej połowy października nieustannie po mojej ukochanej Italii, nie zauważyłam nawet, że w Polsce jesień rozgościła się na dobre. Niby przypominały mi o tym coraz niższe temperatury na Półwyspie Apenińskim, kasztan podarowany przez turystkę podczas przejazdu przez Czechy, więcej deszczowych dni... Ale i tak boleśnie odczułam letnio - jesienną zmianę na początku października w Pradze, gdzie wymarzłam jak już chyba dawno nie. Nie narzekam, bynajmniej. Po prostu stwierdzam po raz kolejny, że jestem jednak zwolenniczką cieplejszych klimatów :)

     Ciekawą tendencją w moim życiu jest to, że jesienią, kiedy w przyrodzie wszystko chyli się ku końcowi, ja po raz kolejny zaczynam od nowa. Kolejna przeprowadzka w ciągu kilku miesięcy, nowy kurs, nowe wyzwania, przygotowania do kolejnego sezonu, przeplatane pojedynczymi wyjazdami. Mam jednak wrażenie, że choć następuje to wszystko opornie, to jednak znalazłam wreszcie swoje miejsce w czasoprzestrzeni. Choć zapewne nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa.



     Jestem istotą poszukującą. Idealistką. To zapewne w oczach niektórych, bardzo utrudnia życie. Ale w moim mniemaniu sprawia, że mocniej je czuję i bardziej przeżywam. Próbuję, testuję, szukam dalej. Od kiedy pracuję w turystyce wszystko w moim życiu dzieje się bardzo burzliwie. Szybko i skrajnie. Wiele nieprzespanych lub zarwanych nocy, nowych miejsc, nowych ludzi, ale także powrotów i spojrzenia świeżym okiem na miejsca doskonale już znane. W mojej pracy najpiękniejsze jest to, że nawet jeśli jadę setny raz do jakiegoś kraju czy też miasta, to zawsze widzę je jakby na nowo, bo oczami moich turystów. Wyżej wspomniana burzliwość przejawia się również w szybkich decyzjach, w inspirujących rozmowach, w zwierzeniach, których trzeba wysłuchać, choć nie zawsze jest się na to gotowym. To również kolejna w tym roku zmiana miejsca zamieszkania (chociaż ciągle Poznań!) i decyzja dotyczące własnego rozwoju. W tej burzliwości ostro rysuje się, kto jest z Tobą i przy Tobie. Chociaż wiem, że trudno jest być moim rodzicem, przyjacielem, partnerem,



     Przez ostatnie miesiące miałam wiele refleksji, doświadczenia, nauki na przyszłość. Mam nadzieję, że z tego wypłynie coś pozytywnego dla mojego pisania. W końcu czy mogą być lepsze warunki do pisania niż duże jasne biurko z widokiem na jesienny Poznań. Z głośników delikatna muzyka, którą lubię najbardziej, a przy komputerze kubek parującej herbaty. Przez dwa miesiące szukałam inspiracji, robiłam notatki, zbierałam wspomnienia, w moich Włoszech, w Czechach, w Polsce. Teraz myślę, że jest pora, żeby usiąść na tyłku i te wspomnienia zebrać w całość. I ocalić od zapomnienia :)

     Tak w ramach pochwalenia się, ale też uprzedzenia faktów - bloga niedługo może zdominować tematyka miasta Poznań. A wszystko dlatego, że odważyłam się wreszcie na ten krok i rozpoczęłam kurs przewodnika miejskiego. Dzięki temu odkrywam jak fascynujące jest moje miasto zamieszkania. Wiedzy na zajęciach jest tyle, że po prostu będę musiała się nią z Wami co jakiś podzielić :)