środa, 23 listopada 2016

Z wizytą w stolicy u Sąsiadów


     Niby kobiety mają podzielność uwagi. Albo nie jestem kobietą, albo nie wiem, co ze mną nie tak. Gdy intensywnie pracuję lub gdy dzieje się w moim życiu coś niedobrego - nie umiem pisać, mam totalną twórczą blokadę i tyle. Podróży przybywa, zdjęć również, a czasu by przysiąść na tyłku i to wszystko ogarnąć - coraz mniej. Ale cóż, trzeba wziąć się w garść.
     Dzisiaj zabiorę Was w podróż nie tak znowu odległą, w moim ulubionym, przedświątecznym klimacie, do miejsca ważnego, gdyż do stolicy jednego z naszych ościennych krajów. Mowa mianowicie o Słowacji i o Bratysławie. 




     Jakoś tak sama Słowacja i jej stolica mocno ambiwalentnie mi się kojarzyły. Słowacja to dla mnie raczej klimat niezapomnianych wakacji spędzonych w gronie przyjaciół w Wysokich Tatrach. Smak zmęczenia, pięknych widoków przesłoniętych niejednokrotnie mgłą, smak strachu gdy zaczął padać deszcz i trzeba było złapać się łańcuchów wysoko w górach. Ale też smak czekolady, tamtejszego piwa, przygotowywanego naprędce obiadu i dźwięk śmiechu znajomych. Słowacja to ruiny zamków na Orawie i Spiszu, miasto Janosika i tego typu miejsca... A jej stolica. Była dla mnie jakaś taka nijaka.
     Dlatego też właśnie ją wybrałam na temat pierwszego tekstu po takim czasie. Bo Bratysława - podobnie jak wiele innych miast, wcale nie jest nijaka. Po prostu wymaga należytej atencji, aby ją poczuć i zrozumieć. 
     Historia miasta, liczącego sobie niecałe 500 tysięcy mieszkańców, miasta położonego malowniczo nad "pięknym modrym Dunajem", rozpoczęła się od wzgórza zamkowego. Zamek zresztą po dziś dzień jest niekwestionowanym symbolem Bratysławy. Regularny w swoich kształtach, przypominający stół odwrócony do góry nogami... Legenda zresztą głosi, iż diabłu lecącemu nad dzisiejszą Bratysławą rozsypał się worek, który trzymał na plecach, z tego worka wypadł stół, który... dzisiaj jest bratysławskim Zamkiem. Zamek przez wieki historii był siedzibą książąt, królów, letnią rezydencją... a i dzisiaj stanowi siedzibę władz kraju oraz Muzeum Historii.









     Wędrując uliczkami Starówki ze wzgórza zamkowego w stronę ścisłego centrum stolicy można napotkać wiele ciekawostek architektonicznych - urocze kamienice, zagadkowe murale, ciekawe pomniki. Wszystko to jest esencją słowackiej - niełatwej historii. Fascynującym jest przecież fakt, że istniejący prawie od zarania dziejów ludzkości naród przez lata był świadkiem wydarzeń o kluczowym znaczeniu, nie będąc do końca jej uczestnikiem. Dzisiejsza Słowacja znajdowała się przecież niegdyś w posiadaniu Węgrów (jako tzw. Górne Węgry), co za tym idzie później przypadła w udziale imperium Habsburgów, aby ostatecznie na wiele lat związać się sojuszem z Czechami tworząc jednostkę unitarną jaką była Czechosłowacja. Przerwę istnieniu Czechosłowacji przyniosła II wojna światowa, kiedy to Czechy zostały przyłączone do Rzeszy Niemieckiej jako Protektorat Czech i Moraw, zaś Słowacja ogłosiła niepodległość jako sojusznik Rzeszy. Nie uchroniło to jednak kraju przed rozmaitymi represjami. Powojenna Czechosłowacja istniała natomiast do początku lat 90 ubiegłego wieku, będąc jednym z państw bloku komunistycznego. Dzisiaj ślady przeszłości i multikulturowości słowackiej stolicy są widoczne na każdym kroju. Przypominają nam o zatargach, antagonizmach, ale i szczęśliwych chwilach.









      Najważniejszym obiektem kultu dla mieszkańców Bratysławy jest katedra pod wezwaniem św. Marcina. Początki świątyni datuje się na wiek XIV. Jest ona obiektem wyjątkowym, ponieważ przez kilkaset lat była nie tylko siedzibą biskupa, ale również kościołem koronacyjnym królów węgierskich. Najbardziej rzucającym się w oczy elementem katedry jest jej wysoka na 85 metrów wieża. 

                                         

     Najważniejszym miejscem dla władzy świeckiej w dawnej Bratysławie był natomiast - ratusz. Siedziba rajców miejskich i dzisiaj zachwyca kunsztem. Budynek pochodzi z XV wieku, co za tym idzie, jest jednym z najstarszych tego typu w całej Słowacji. Dzisiaj mieści się w nim zasobne Muzeum Historii Miasta. Dookoła ratusza rozpościera się Halvne Namesti, czyli główny rynek miasta. Z XVI - wieczną studnią, która niegdyś dostarczała zacnym mieszkańcom centrum wody pitnej. Oprócz tego nie brak dookoła Namesti urokliwych kamieniczek. Moja ostatnia wizyta w Bratysławie przypadła na czas otwarcia jarmarków bożonarodzeniowych, zatem w chyba najbardziej klimatycznym momencie roku. Spacer w rytmie kolęd wśród widoków rodzimego rękodzieła i zapachów lokalnej kuchni oraz grzańca, to sama przyjemność :) 













     Bratysława, jak każda stolica jest nie tylko siedzibą głównych władz kraju, ale również różnego rodzaju instytucji kulturalnych, które - teatr, opera filharmonia, znajdują się wokół jednego placu. Wokół placu, gdzie przez najbliższy miesiąc również będą się odbywały jarmarki bożonarodzeniowe.





     Kolejnym atutem Bratysławy jest wspomniany już przeze mnie Dunaj. Jedna z najdłuższych rzek Europy. Jej słowacki odcinek jest o tyle wyjątkowy, że w okolicach samej stolicy stanowi naturalną granicę zarówno z Austrią jak i z Węgrami. W Bratysławie dwa brzegi Dunaju spina pięć głównych mostów, z czego najciekawszym jest ten zadedykowany Słowackiemu Powstaniu Narodowemu wraz ze znajdującą się nad nim restauracją - dyskoteką UFO. Jeszcze nie byłam na górze - ależ stamtąd musi się widok roztaczać!



     Bratysława i jej okolice to również region winny. Warto zatem po dniu spędzonym w gwarze stolicy udać się na kolację połączoną z degustacją wina w jednej z piwnic tuż za granicami miasta. Jest to miła odskocznia, zwłaszcza że smakowanie lokalnych trunków jest połączone z lekcją tego jak należycie pić wino. Wszystko okraszone dowcipem i opowieścią przemiłej Słowaczki jest idealnym zwieńczeniem dnia spędzonego w Bratysławie :)





poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Nie jestem znużona.

    Jak zwykle. Przychodzi czas wytężonej pracy i jazdy bez trzymanki, zwany w moim życiu sezonem turystycznym i zapominam o tym, że miałam pisać bloga bardziej regularnie :) A jak jeszcze do tego dochodzą różne wstrząsy życia codzienno – rodzinnego, to brakuje weny i tym sposobem zaniedbuję bloga na całego. Nie jestem z tego dumna. Ale nie wiem, czy kolejne solenne postanowienie poprawy cokolwiek mi da. A może tak to już z tym moim pisaniem jest. Nie znaczy to, że przestałam być do bólu sentymentalna i że przestałam każdą myśl ubierać w słowo pisane.
            Od marca pracuję na pełnych obrotach. Przeskakuję z autokaru w autokar, w ciągu tygodnia przemieszczając się niejednokrotnie o tysiące kilometrów. Czasem dopada mnie zwykłe ludzie zmęczenie, czasem potęgowane różnymi rodzinnymi zmartwieniami. Ale po największym kryzysie w dni takie jak ten, przypomina mi się, dlaczego wybrałam taki a nie inny sposób życia. Bo to jest i najpiękniejsze i najtrudniejsze w byciu pilotem. To nie praca, to styl życia.
            Podróży w minionych miesiącach było całe mnóstwo. Tych mniejszych i większych. Na drugi koniec kontynentu jak i po moim mieście. Do miejsc znanych i nowych. Do gorących i raczej chłodniejszych klimatów. W pewnym momencie okazało się, że najdłuższą i najtrudniejszą podróżą jest dla mnie powrót do rodzinnego domu. Nie były to miesiące łatwe, ale na pewno bogate w różne doświadczenia. Zaczęłam zastanawiać się, kiedy zaczyna się dorosłość. Czy wtedy, gdy otrzymujesz kawałek plastiku zwany dowodem osobistym, czy wtedy, gdy zaczynasz układać sobie życie z kimś, czy może wtedy, gdy w pełni musisz ponieść konsekwencje swoich decyzji i wyborów. Gdy jesteś dumny z tego, że żyjesz tak, jak chcesz, na własną rękę, ale że płacisz za to pewną określoną cenę. Gdy nagle zrozumiesz, że Twoich bliskich kiedyś może zabraknąć i nie musi to być wcale taka odległa przyszłość. I co można wtedy zrobić... Wrócić do domu rodziców, zakopać się w łóżku w bezpiecznym towarzystwie i nigdy z niego nie wychodzić do złego świata, który potrafi przynieść choroby, śmierć, rozczarowania i przykrości? Czy może właśnie dorosłość jest wtedy, gdy przełykasz łzy i wstajesz z tego łóżka, próbując znaleźć jednak powód do uśmiechu? W pasji, pracy, uśmiechu drugiego człowieka, docenieniu przyjaciół, czy wywalczonym czasie spędzonym z rodziną.
            Po burzy przychodzi słońce. Tego staram się trzymać, chociaż nie zawsze w to wierzę. Ale jednak czekam na to słońce.
            Podczas minionych miesięcy zgromadziłam wiele materiałów, które pewnie w czasie długich jesiennych wolnych wieczorów ubiorę w słowa i opracuję w formie postów na blogu. Zabiorę Was wspomnieniami do pięknej Chorwacji, którą polubiłam od pierwszego wejrzenia. Będzie czas na moje kochane Włochy, czeskie zamki, powiew wschodu na Łotwie, w Estonii, czy też skandynawskie nuty z Finlandii i kilka polskich miejsc. Troszkę też na pewno o Francji czy też o Niemczech. Nudzić się nie będę, mam nadzieję, że Wy też nie :)
            A póki co... Póki co stwierdzam, że moją pracę najbardziej jednak kocham we Włoszech. To zdecydowanie moja druga ojczyzna :) Tu odpowiedzi na pewne pytania przychodzą same, nie trzeba ich szukać.


            Zastanawiam się nieraz na ile mojej włoskiej pasji udaje mi się „sprzedać” moim turystom. Przyjeżdżają tu z pewnymi oczekiwaniami, niektórzy pierwszy raz w życiu, dla jednych to tylko kolejna podróż zagraniczna, dla innych pierwsza z wielu, które jeszcze odbędą. Są w moim wieku, młodsi, lub też znacznie starsi. Każdy z nich spojrzy na ten kraj przez pryzmat swoich przekonań i doświadczeń. Nie muszą tu, tak jak ja, zostawiać serca. Ale jest mi miło, gdy przynajmniej wiem, że darzą ten mój drugi kraj sympatią.
            Jadąc do Italii tym razem, chyba pierwszy raz w życiu jechałam z pewnymi obawami. W końcu wyjeżdżałam dzień po trzęsieniu ziemi... Nie wiedziałam, co tu zastanę. Tzn. rejony, w których przebywam nie znajdowały się w zasięgu epicentrum. Ale widziałam opisy i refleksje moich włoskich znajomych chociażby na facebooku. Nie miałam zatem pojęcia, jakie nastroje będą tu panowały, kiedy przyjedziemy.
            Ale już w momencie wyjścia z autokaru w pierwszym włoskim mieście na trasie naszego przejazdu, wiedziałam, że jakoś to będzie. I że jest coraz lepiej.
            Dlaczego we Włoszech czuję się dobrze? A czy może być inaczej, jeśli w dzień wolny przy trzydziesto – kilku stopniowym upale, siedzę na tarasie z głową w cieniu, nogami wystawionymi w stronę słońca, na horyzoncie z jednej strony mam góry, z drugiej malowniczą Gaetę, na dole basen, skąd dobiega delikatna muzyka, panie z obsługi hotelu sprzątają sąsiednie pokoje ze śpiewem na ustach, wieje przyjemny wiatr od Morza Tyrreńskiego, a kelnerzy, recepcjoniści i właściciele hoteli mówią „dobrze, że wróciłaś”. I ja też się cieszę zawsze, kiedy wracam.
            Wczoraj, kiedy w czasie wolnym udałam się z turystami na obiad we Florencji, zaczęli zadawać mi różne osobiste pytania, między innymi takie, czy nie czuję się znużona powrotami w to samo miejsce. Zaczęłam im tłumaczyć, dlaczego nie. Opowiadać o moim sentymentaliźmie, przywiązywaniu się do ludzi i miejsc, o tym, że za każdym razem patrzę na zabytki, dzieła sztuki i krajobrazy oczami moich turystów. Że „lubię wracać, tam, gdzie byłam już”. Mój monolog przerwał witający się ze mną wylewnie nasz włosko – polski przewodnik, za chwilę dołączyła do niego jego mama. Turyści wybuchnęli śmiechem, mówiąc, że scena, którą zobaczyli, jest najlepszą odpowiedzią na ich pytanie. Włochami nie jestem znużona nigdy :)



czwartek, 10 marca 2016

Podróże sentymentalne - Wilno.

     Dzisiaj zabiorę Was w podróż na wcale nie aż tak znowu daleki Wschód. Do jednego z najbardziej polskich miast poza granicami naszego kraju, jakie znam. Wilno. Dzisiaj stolica Litwy, zarazem jej największe zarówno pod względem powierzchni jak i liczby ludności miasto. Niegdyś natomiast jeden z głównych ośrodków życia intelektualnego i kulturalnego Rzeczypospolitej. Jerozolima Północy dla Żydów. Dla katolików - miasto z Matką Boską Ostrobramską, dla wyznawców prawosławia - miejsce kultu relikwii jednych z pierwszych męczenników - Jana, Antoniego i Eustachego. Dla miłośników literatury miasto, nad ulicami którego unoszą się duchy Mickiewicza, Słowackiego, Syrokomli i wielu innych. Dla patriotów - miejsce, gdzie spoczęło serce Marszałka Józefa Piłsudskiego.


      
     Na pewno miasto, które warto odwiedzić przynajmniej raz w życiu. 



     Na co dzień Wilno nie jest wielką metropolią ani tętniącą życiem europejską stolicą. Właściwie można stwierdzić, że charakteryzuje je swego rodzaju spokój niezwyczajny dla miast takiej rangi. Uliczkami wileńskiej Starówki można spacerować niespiesznie, pomału poznając ich historię i architekturę, przy okazji obserwując codzienne życie współczesnych Litwinów. Ale jest taki moment w ciągu każdego roku, kiedy do Wilna zjeżdżają tłumy, gdy mieszkańcy miasta wylegają na ulicę, na każdym zakątku odbywają się koncerty, parady, jest żywiołowo, radośnie, jakby wszyscy ci odwiedzający zapomnieli, że jest dopiero początek marca. I jedno z najważniejszych świąt litewskich - mianowicie Kaziuki. 




     W Kaziuki litewska stolica po prostu tętni życiem. Samą imprezę zawdzięczamy Świętemu Kazimierzowi, którego wspomnienie w Kościele katolickim obchodzimy 4 marca. Kazimierz Jagiellończyk, gdyż to jego wspominamy był synem króla Kazimierza IV Jagiellończyka, który zapisał się na kartach historii jako sprawiedliwy i dobry władca, który zasiadał na tronie przez ponad 50 lat. Jego syn natomiast, bardzo religijny szybko zaskarbił sobie serca rodaków. Niestety z racji swojego słabego zdrowia, zmarł w wieku zaledwie 25 lat. Praktycznie od razu miejsce jego pochówku stało się miejscem wielu cudów, uzdrowień i dlatego też już w 1602 roku książę został kanonizowany. Jego kult szybko rozprzestrzenił się w Rzeczpospolitej Obojga Narodów, dzięki czemu dzisiaj święty Kazimierz jest patronem zarówno Polski jak i Litwy.



     I tym też sposobem Wilno w czasie Kaziuków pokazuje nam swoje zupełnie inne, rozrywkowe oblicze. Na początku marca jak w żadnym innym momencie roku kalendarzowego przeciętny zjadacz chleba może poznać od podszewki litewski folklor i wszystko, co się za nim kryje, czyli rękodzielnictwo szeroko pojęte, kuchnię wraz z kartaczami, kibinami, chlebem, czy też... wędzonymi świńskimi uszami na czele. Oprócz tego skosztować można pitnych miodów, lekkiego, acz dobrego piwa, czy też litewskiego panaceum na bolączki wszelakie, czyli ziołowej nalewki 999 lub 27 (ze względu na ilość ziół, z których została przygotowana). Dla miłośników mocniejszych alkoholi - oczywiście Starka. No i oczywiście koncerty i parady w każdym zakątku Starego Miasta.



     A wszystko to podczas spaceru, kiedy zobaczyć możemy między innymi Ostrą Bramę. Jeden z głównych punktów pielgrzymkowych w Wilnie. Jedyne obecnie zachowana brama wjazdowa do miasta. Od XVII wieku miejsce kaplicy cudownego obrazu Matki Boskiej. Miejsce, które pamięta modlitwy wiernych w trakcie rozmaitych dziejowych wydarzeń, takich jak rozbiory, powstanie listopadowe, styczniowe, walki o niepodległość podczas I wojny światowej, a także II wojnę światową wraz z operacją "Ostra Brama" z 1944 roku. Kult Matki Boskiej Ostrobramskiej był tak silny, że nawet władze komunistyczne nie odważyły się go podważyć. W czasach zaborów wizerunek Panny z Ostrej Bramy znajdował się bez mała w każdym polskim i litewskim domu, towarzyszył on również zsyłanym na Syberię i do łagrów. U stóp cudownego Obrazu modlili się rodzice Adama Mickiewicza, sam wieszcz, a kilkadziesiąt lat później Marszałek Józef Piłsudski dziękował Jej za niepodległość. Nie dziwne zatem, że po dziś dzień właśnie tutaj krzyżują się szlaki wielu grup pielgrzymkowych.





     Spacerując dalej w stronę Starego Miasta miniemy mnóstwo zachwycających kamienic opowiadających historię miasta. Oprócz tego zobaczymy miejsca kultu związane nie tylko z religią katolicką. Nieopodal Ostrej Bramy znajduje się Cerkiew Świętego Ducha, która jest dzisiaj jednym z chętniej odwiedzanych miejsc przez wyznawców prawosławia, z tego względu, że właśnie tam znajdują się obecnie relikwie pierwszych męczenników - XIV - wiecznych bohaterów, dworzan księcia Olgierda, którzy mimo tortur i oficjalnego nakazu odwołania postu pozostali przy chrześcijaństwie, za co zostali straceni w obrębie dzisiejszego Starego Miasta, na terenie klasztoru Bazylianów.



     No właśnie. Cerkiew Świętej Trójcy i Klasztor Bazylianów, wraz ze swoimi rokokowymi wrotami to nie tylko jeden z piękniejszych zabytków architektury. To również miejsce prawie mityczne dla Polaków, ze względu na to, że właśnie na tym terenie więziony był Adam Mickiewicz oraz inni członkowie ruchu filaretów i filomatów w przededniu powstania listopadowego. Miejsce to zostało upamiętnione zresztą w III części "Dziadów". Po dziś dzień można zresztą zobaczyć warunki, w jakich przetrzymywani byli więźniowie. 




     Kolejnym obiektem zwracającym uwagę jest okazały kościół świętego Kazimierza. O kulcie i sentymencie, jakim mieszkańcy Litwy darzą patrona, już wiemy. Nie dziwne zatem, że doczekał się on pięknej świątyni wzorowanej na rzymskim kościele Il Gesu. Ogromny kościół przykryty jest kopułą (zdecydowanie lepiej widoczną z daleka) z koroną królewską. W latach komunistycznych odebrano mu rangę obiektu sakralnego, a w jego wnętrzach uczyniono muzeum religii i ateizmu z pomnikiem Lenina ... w miejscu głównego ołtarza! 




     Przy wileńskiej starówce uwagę zwraca również okazały budynek Filharmonii.



     A stamtąd już dosłownie żabi skok do placu ratuszowego, który już od czasów średniowiecza był jednym z głównych punktów handlu i rozrywki Wilna. Sam dostojny budynek ratusza, wsparty na sześciu doryckich kolumnach, dzisiaj siedziba różnorakich instytucji kulturalnych, krótko pełnił funkcję budynku władz miasta. Szybko zamieniono go na sale muzyczne, koncertowe, czy też teatralne. Właśnie w wileńskim starym ratuszu miała miejsce w 1848 premiera "Halki" Stanisława Moniuszki.



     Budynek do złudzenia przypominający moskiewskie cerkwie to... wybudowana w stylu rusko - bizantyjskim cerkiew świętego Mikołaja, rekonstrukcję której wspierał sam car Mikołaj I.



     Idąc dalej nie sposób nie zahaczyć o jeden z ważniejszych symboli zarówno starszego jak i współczesnego Wilna, czyli Uniwersytet Wileński. Założony przed wiekami, z inicjatywy księży jezuitów pod patronatem samego Stefana Batorego, uczelnia szybko stała się sercem życia kulturalnego oraz jednym z głównych ośrodków akademickich dawnej Rzeczypospolitej. Była to bowiem druga po Akademii Krakowskiej uczelnia kraju. W czasach zaborów właśnie tam skupiły się ruchy filaretów i filomatów, tam studiowali Mickiewicz, Słowacki, Lelewel, Domeyko i wielu wielu innych. Również po odzyskaniu niepodległości Uniwersytet Stefana Batorego był jednym z ważniejszych ośrodków akademickich. A i dzisiaj jest to największa uczelnia Litwy.



     Nieopodal znajduje się również akademicki kościół świętych Janów, czyli Ewangelisty i Jana Chrzciciela. 



    Oraz Pałac Prezydencki zwany również Biskupim.




    Warto zajrzeć również do zaułka gotyckiego. Jest to jedno z niewielu miejsc w barokowo - klasycystycznym Wilnie, gdzie zachowały się całkowicie lub też częściowo gotyckie świątynie, jak np płomienisty kościół św. Anny, czy też świątynia Bernardynów. Nad zaułkiem tym góruje współczesny, bo z lat 80 XX wieku pomnik Adama Mickiewicza. A niedaleko mieszkanie, dzisiaj muzeum wieszcza, w którym pracował on nad swoimi poematami.





     Docieramy wreszcie na Plac Katedralny czyli bijące serce Wilna. Najważniejsza jest na nim, a jakże katedra świętych Stanisława i Władysława. Pierwsza świątynia w tym miejscu stała jeszcze... za czasów pogańskich, z tymże oddawano tam cześć bogu Perkunowi. Później, za czasów Jagiełły postawiono tam pierwszą świątynię chrześcijańską. Która się rozbudowywała na przestrzeni wieków. Ta, którą możemy oglądać dzisiaj prezentuje styl klasycystyczny. W środku zaś okazałe kaplice, ambony, oryginalne ołtarze, obrazy (w tym cudowny obraz św. Kazimierza z trzema rękami). Katedra stała się również królewską nekropolią (spoczywają tam między innymi Aleksander Jagiellończyk, żony Zygmunta Augusta - Elżbieta Habsburzanka i Barbara Radziwiłłówna, a także serce Władysława IV Wazy).



    Przed świątynią natomiast na jednej z największych europejskich starówek (niegdyś znajdował się na niej zamek królewski, po którym dzisiaj pozostały pojedyncze zabudowania), znajduje się jeszcze dzwonnica, a przy niej - miejsce gdzie miasto Wilno spełnia marzenia :) Kostka brukowa z napisem CUD w języku litewskim - wystarczy stanąć na niej, pomyśleć życzenie i obrócić się dokoła własnej osi i... tylko czekać aż marzenie się spełni.




    Oprócz tego zobaczymy również pomnik Giedymina - Wielkiego Księcia Litewskiego, przodka Jagiełły. To właśnie Giedyminowi zawdzięczamy umiejscowienie litewskiej stolicy w Wilnie. 



    Nad placem katedralnym górują dwa wzniesienia. Jednym z nich jest Wzgórze Trzech Krzyży - kolejne miejsce stracenia męczenników. Inne to Wzgórze z Basztą Giedymina (jedną z niewielu pozostałości po rozpościerającymi się tutaj zabudowaniami zamku).




Jeśli szukacie miejsca na weekendowy, sentymentalny wypad, Wilno będzie idealnym wyborem :)