poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Paryż. Pere Lachaise

      Pierwotna, pewnie bardziej uduchowiona wersja tej notki, powstawała na lotnisku Paryż Beauvais, następnie w samolocie lecącym stamtąd do Warszawy... Niestety, odeszła w niepamięć wraz z pozostałymi danymi z mojego tabletu, który został skradziony w ... Paryżu, jakiś tydzień później. No cóż, mijający pomału sezon turystyczny, oprócz tego, że bardzo pracowity i niezwykle udany, jest też dla mnie bogaty w różne, również gorzkie wydarzenia.
      Ale chciałabym wrócić, po kolejnej zresztą wizycie tam, do notki na temat cmentarza Pere Lachaise. No cóż, każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma... A mnie zawsze atawistyczną przyjemność sprawiało penetrowanie starych cmentarzy. Już jako nastolatka wzięłam na siebie dbanie o groby rodziny Babci na zabytkowej gorzowskiej nekropolii, jako dziecko w wolnym czasie łaziłam godzinami po wiejskim starym cmentarzyku zlokalizowanym nieopodal domu Dziadków, odwiedzając przyjaciółkę w Warszawie, zamiast celebrować lekcję salsy z rodowitymi Kubańczykami, martwiłam się tylko, czy wstanę na następny dzień, żeby móc pojechać na Powązki. W liceum napisałam artykuł do lokalnej gazety na temat niszczejącego gorzowskiego cmentarza. We Lwowie swoje pierwsze kroki skierowałam ku Cmentarzowi Łyczakowskiemu, a w Wilnie wykłóciłam się z przewodniczką, żeby zabrała naszą grupę na Rossę, chociaż ona wcale tego nie planowała... Tak też nie dziwne, że jednym z moich ulubionych miejsc w Paryżu stało się melancholijne Pere Lachaise.



      Największy cmentarz współczesnego Paryża został założony w pierwszej dekadzie XIX wieku na terenach zielonych, które zostały nadane zakonowi jezuitów przez samego Ludwika XIV. Nekropolia nosi zresztą imię osobistego spowiednika monarchy, ojca (Pere) Lachaise. Decyzję o utworzeniu cmentarza podjęto w odpowiedzi na intensywny rozwój zarówno liczebny jak i powierzchniowy miasta, kiedy okazało się, że przyparafialne małe cmentarzyki centrum Paryża nie dają rady już spełniać swoich funkcji ze względu na wszechobecne przeludnienie... Niestety, Paryżanie nie mieli początkowo zaufania do nowej lokalizacji i nie chcieli chować tam swoich zmarłych. Dekadę po uroczystym otworzeniu cmentarza znajdowało się tam zaledwie... kilkanaście grobów.
     Władze zatem musiały uciec się do swoistego PRu. Na teren Pere Lachaise sprowadzono nagrobki popularnych, ważnych dla historii i kultury kraju Francuzów, by uczynić teren nekropolii bardziej "przyjaznym" dla potencjalnych zainteresowanych.
      Tak też na nekropolii swoje miejsce ostatniego spoczynku znaleźli zasłużeni dla literatury nie tylko francuskojęzycznej, ale właściwie dla całej literatury europejskiej Molier i Fontaine. Ich ponadczasowe, uniwersalne utwory po dziś dzień znajdują się w kanonie lektur. Jak zatem nie chcieć chować swoich bliskich w tak zacnym towarzystwie.






       Kolejną parą, która przydała fame'u cmentarzowi Pere Lachaise przydali legendarni średniowieczni kochankowie - Abelard i Heloiza, których historia zawsze napawa mnie swoistą melancholią. Piotr Abelard był jednym z najwybitniejszych XII - wiecznych wykładowców szkoły działającej przy katedrze Notre Dame. Miał 39 lat, gdy na jego zajęcia trafiła 16 - letnia wówczas Heloiza, ukochana siostrzenica kanonika katedry. Ich płomienny romans, który na zawsze zapisał się na kartach historii potrwał zaledwie osiem miesięcy. Kiedy prawda wyszła na jaw, kochankowie zostali nie tylko rozdzieleni, ale również surowo ukarani. Kanonik Notre Dame po pierwsze nie mógł wybaczyć swojemu wykładowcy, że odważył zbliżyć się do młodziutkiej uczennicy, a po drugie, że skalał natchniony zawód nauczyciela. W średniowieczu obowiązywała bowiem zasada, że człowiek, który poświęca swoje życie sprawom naukowym, powinien był zachować celibat. Heloiza znalazła się w klasztorze, natomiast Abelarda... wykastrowano i wyrzucono z Notre Dame. Fakt faktem, zaczął działać po tym w dzisiejszej Dzielnicy Łacińskiej, dając przy tym podstawy dla późniejszego uniwersytetu Sorbona, ale swojej ukochanej nigdy miał już później nie zobaczyć. Listy, które pisali potem do siebie Abelard z Heloizą, stały się jednym z koronnych przykładów najpiękniejszej sztuki epistolarnej, zwłaszcza listów miłosnych. Historia nieszczęśliwych kochanków doczekała się również ekranizacji w 1988 roku. A jakie były ich dalsze losy? Co prawda Heloiza wyraziła wolę znalezienia się po śmierci w jednej mogile z Abelardem, jednakże doczekała się realizacji tejże woli dopiero ładnych kilka lat później. Dzisiaj wraz z ukochanym spoczywają na Pere Lachaise w jednym z najbardziej charakterystycznych grobowców, wykończonych okazałym ażurowym baldachimem. Nie sposób ich ominąć podczas wizyty na cmentarzu.





 A skąd moja melancholia dotycząca tej pary? Otóż zastanawiam się, dlaczego ta wielka legendarna miłość, która przechodzi do historii, zawsze musi być tą nieszczęśliwą...

      Kolejna smutna historia, już bardziej współczesna, która znalazła swój finał właśnie na tej francuskiej nekropolii, to losy Jima Morrisona. Genialny wokalista zespołu The Doors przybył do stolicy artystów w początku lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku, by szukać natchnienia i leczyć pogłębiającą się depresję. Niestety, nie do końca mu to wyszło. "Terapia" polegająca na zastosowaniu coraz większej ilości alkoholu i narkotyków zakończyła się tym, że trzy miesiące po przeprowadzce do Paryża żona Morrisona znalazła go martwego w ich mieszkaniu. Aby uniknąć histerii fanów, pogrzeb odbył się szybko i w dużej tajemnicy. Jednak wieść o śmierci idola tłumów szybko przedostała się do informacji publicznej i tak też fani wokalisty zaczęli urządzać całkiem konkretne libacje na grobie zmarłego. Dlatego też nagrobek Morrisona był jednym z pierwszych, które odgrodzono od publiczności metalowym płotem. W odpowiedzi na takie działanie, na drzewie przy płocie ludzie zostawiają teraz przeżute gumy i niedopałki swoich papierosów. A na samej barierce swoje  bransoletki i inną biżuterię.





     Polonicum (jednym z wielu, ale chyba najbardziej znamienitym) na Pere Lachaise jest mogiła Fryderyka Chopina. Jest to jedna z dwóch postaci, obok mojej idolki, Marie Skłodowskiej - Curie, o przynależność narodową których rywalizujemy z Francuzami. Urodzeni w Polsce, musieli wyemigrować z racji trudnych warunków życiowych panujących ówcześnie w naszym kraju oraz z powodu braku możliwości rozwoju swoich talentów. Francja chętnie przyjmowała pod swoje skrzydła emigrantów z kraju nad Wisłą. Tym też sposobem największe dokonania w ich karierze przypadły na okres życia właśnie w tym kraju. Tam też oboje dokonali żywota. Chopin spoczął na Pere Lachaise, a Skłodowska w Panteonie sławy. Nagrobek dla wielkiego kompozytora zaprojektował zięć jego wieloletniej kochanki, skandalizującej francuskiej pisarki, George Sand. Myślę, że miłym akcentem w przypadku Chopina na Pere Lachaise jest to, że przy jego nagrobku zawsze znajdują się polskie motywy. Biało - czerwone kwiaty, znicze, wstążki. Pamiętamy o naszym rodaku na jednej z największych polskich nekropolii poza granicami kraju...



     Jeśli zaczynamy zwiedzanie cmentarza od jego głównej bramy, przywita nas okazały symboliczny Pomnik Umarłych. W mogile spoczywają spleceni w ostatnim miłosnym uścisku nadzy kochankowie. Nad nimi niczym pocieszyciel pochyla się Anioł Śmierci. Piętro wyżej widzimy owych kochanków przekraczających wrota śmierci, wchodzą do ziejącej ciemnością wielkiej dziury. Anioł towarzyszący parze rozpraszać ma mroki tej chwili. Dookoła zaś tłumy ludzi zmierzają ku temu samemu, nieuchronnemu końcowi. Przypomina mi to średniowieczne Danse Macabre ukazujące, że wobec spraw ostatecznych wszyscy jesteśmy sobie równi...



     Skoro już mowa o symbolicznych pomnikach, nie brak ich na Pere Lachaise. Moim zdaniem najbardziej wymowna jest aleja poświęcona deportowanym do obozów zagłady w trakcie II wojny światowej. Czasy okupacji w stolicy Francji wyglądały nieco inaczej niż w naszym kraju. A jednak przyniosły ze sobą wiele deportacji, prześladowań, masowych egzekucji, kolaboracji i walki o niepodległość. Wielu ludzi zostało wywiezionych do obozów zagłady w Dachau, Ravensbruck, Auschwitz i innych. Doczekali się oni swojego miejsca pamięci na paryskim cmentarzu. Niektóre pomniki przypominają zwykłe nagrobki, inne są bardziej okazałe. Na mnie największe wrażenie robi pomnik więźniów z Auschwitz, odlane z brązu figury, niczym ubrane w więzienne pasiaki. Wracają pewnie po kolejnym dniu morderczej pracy, na taczce wiozą zwłoki kolegi, który nie przetrwał...











     Nieopodal tej samej alei znajduje się miejsce, które w 1871 roku spłynęło krwią ponad setki ludzi. Ściana Komunardów. Przypomina o brutalnych czasach Komuny Paryskiej, a właściwie o momencie, kiedy władze Paryża zaczęły rozprawiać się z jej zwolennikami. Właśnie tam ich rozstrzelano. 147 osób. Które straciły życie w wyniku bratobójczych walk. Dzisiaj Ściana Komunardów jest miejscem ważnych uroczystości patriotycznych.



     Kolejną osobą, którą warto odwiedzić na Pere Lachaise jest Oskar Wilde. Pisarz, skandalista o innowacyjnych pomysłach i irlandzkich korzeniach. Jego utwory w ciekawy sposób pokazywały prawdę o naturze ludzkiej. Również o jej ciemnej stronie. Ze względu na swoje skłonności homoseksualne Wilde popadł w niełaskę jemu współczesnych i został skazany na fizyczną pracę. Zastanawiający jest fakt, że tradycją na paryskiej nekropolii było całowanie pomnika pisarza przez kobiety z ustami wymalowanymi na czerwono. Działo się tak dopóki pomnika nie osłonięto wysoką szklaną przesłoną...



     Nawet na cmentarzu można się czasem pośmiać. Nagrobkiem, który zawsze rozładowuje przygnębienie grupy z lekka już zdołowanej pobytem na cmentarzu, jest nagrobek Charles'a Noira. Bawidamka zmarłego w wieku zaledwie dwudziestu kilku lat. Projektant jego grobu zażartował sobie tworząc figurę mężczyzny obdarzonego wyjątkowo sporym ... przyrodzeniem. Jak głosi legenda, owo przyrodzenie Panie muszą dotknąć, aby mieć szczęście w miłości. Panowie zaś, aby zachować wigor do końca swoich dni.



     Takie właśnie jest Pere Lachaise. Różnorodny. Bogaty. Zabytkowy. Współczesny zarazem. W wielu miejscach zaopiekowany niczym najpiękniejsze dzieło sztuki. A w innych zaniedbany i napawający smutkiem. O niektórych nagrobkach nikt już nie pamięta. A inne same w sobie stanowią atrakcję turystyczną. Warto go zobaczyć. W powyższej notce wspomniałam jedynie o kilku, moim subiektywnym okiem, najważniejszych miejscach cmentarza. Znajduje się tam jeszcze wiele innych grobów znanych postaci. O niektórych zapomniałam, do innych nie dotarłam jeszcze podczas mojego penetrowania tego miejsca, o innych nie wspomniałam celowo, wskazując jedynie te miejsca, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Ja wiem, że na pewno jeszcze tam wrócę.




środa, 5 sierpnia 2015

Najtrudniejszy pierwszy krok, a potem kolejny...

     Kilka miesięcy temu,  gdy zakładałam tego bloga, nadałam mu zasłyszane wówczas na jakimś spotkaniu podróżniczym motto, mówiące, że każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Zarówno wówczas, jak i teraz bardzo identyfikuję się z tym zdaniem. Uważam bowiem, że podróż nie zaczyna się w momencie faktycznego startu, ale najpierw gdzieś  w głowie i sercu podróżnika pojawia się inspiracja, potem marzenie, planowanie podróży. Tak samo podróż nie kończy się z momentem wyjścia z samolotu, autokaru, pociągu. Tylko zostaje z nami w pewnym sensie już na całe życie.
    Wiem zatem, że od czegoś trzeba zacząć. A jednak po tylu szalonych miesiącach, w trakcie których moje życie przewróciło się do góry nogami, zupełnie zgubiłam z oczu przesłanie mojego bloga i nie wiem od czego teraz, po tylu miesiącach zacząć.
     Nie jestem i nigdy nie byłam osobą, która lubi się jakoś wybitnie uzewnętrzniać ze swoimi przeżyciami, uczuciami, osobą, która opowie całemu światu o przeżytych dramatach i rozwiązanych problemach. Może, gdybym była, byłoby mi łatwiej. Bo przecież nie jestem robotem. Przeżywane emocje, kłopoty, trudności warunkują to kim jestem i kim się staję. Warunkują też moje widzenie świata (a właściwie kraju i kontynentu), który dane jest mi eksplorować.
     Od kilku dni rozumiem ze zdwojoną albo i potrojoną mocą, dlaczego Paryż jest miastem artystów. Tutaj trzeba być chyba zupełnie nieczułym, żeby nie dostać jakiegoś natchnienia. Wyobraźcie sobie taką sytuację - piąte piętro starej kamienicy, balkon okrążający budynek, a z niego widok na inne urocze kamienice, okoliczne sklepy, piekarnię kuszącą każdeo dnia smakowicie wyglądającymi i pachnącymi specjałami, a także, co najważniejsze - zwykłych ludzi, mieszkańców miasta, bo to dzielnica zupełnie nieturystyczna. Wychodzi człowiek na ten balkon, czuje powiew tego miasta i ma różne refleksje. Wspomnienia, przemyślenia, marzenia.
     Co sobie może myśleć szaleniec taki jak ja siedząc w przyjemny sierpniowy wieczór na paryskim balkonie,  słuchając francuskiej muzyki i patrząc na swoją zaobrączkowaną rękę? Życie przyniosło nieprzewidziane zmiany. Gdy na początku tego roku gdzieś w środku zaśnieżonych Tatr, z powodu jednego głupiego smsa, przeżyłam uczuciowe załamanie, nie sądziłam, że raptem kilka miesięcy później słodkie smaki prawdziwego życia we dwoje, a w pięknym sąsiedztwie Wieży Eiffla usłyszę "wyjdziesz za mnie". Gdyby ktoś w styczniu lub lutym przedstawił mi taki scenariusz, zabiłabym go głośnym śmiechem. A jednak.
     To w życiu lubię najbardziej. Jego nieprzewidwywaność. Dlatego też zdecydowałam się na pracę, która w dużej mierze składa się z sytuacji nieprzewidzianych. Ale zapewnia mi przeżycia i satysfakcję,  jakie ciężko byłoby znaleźć w innym zawodzie. W sumie, jak to ostatnio gdzieś przeczytałam "pilot wycieczek - to nie zawód, ale styl życia". Coś w tym jest, bo ewidentnie, praca ta warunkuje styl życia. Jedni widzą w tym podróżowanie po świecie, na którym można zarobić, inni przerażającą odpowiedzialność, a jeszcze inni wiecznie zarwane noce, wysłuchiwanie marudzących turystów, użeranie się z organizatorami, brak życia prywatnego. A ja? Turystyka moim zdaniem jest branżą wymagającą, jak zazdrosny kochanek ;-) W pewnym momencie roku odkładam na bok wszystko inne, by dać się ponieść temu wirowi. Ale to rozwija, pozwala wykorzystywać różne posiadane umiejętności, bywać w najpiękniejszych zakątkach Polski i Europy  (przynajmniej na razie) i poznawać niesamowitych ludzi. Bo każdy człowiek spotkany na naszej drodze ma coś ciekawego do opowiedzenia. Trzeba tylko umieć do niego trafić. Nie przechwalam się, że zawsze umiem. Ciągle się uczę. Próbować wydobyć ludzi to, co w nich dobre. Bo praca w turysytyce to praca na tej wyjątkowo delikatnej materii, jaką jest człowiek. I to on jest w tym wszystkim najważniejszy. Nie byłoby monumentalnych zabytków ani dzieł sztuki bez ludzi ani ich historii,  bez ludzkich marzeń, namiętności, dramatów. Gdyby nie nasz zmysł smaku i niezmienna chęć poszukiwań, świat byłby pozbawiony tych wszystkich wyszukanych bardziej lub mniej potraw, dla których warto nieraz przebyć tysiące kilometrów.  Wszystkie cuda przyrody natura stworzyła sama, ale gdyby nie wrażliwość ludzkich oczu - kto by to podziwiał?
     To, co piszę jest bardzo idealistyczne i zdaję sobie z tego sprawę. Nie znaczy to też, że nie mam czasem dosyć dzikich tłumów na ulicach, w kolejkach do zwiedzanych obiektów, w środkach komunikacji. Że nie bywam czasem zmęczona. Bywam tak, że nieaz zasypiam na stojąco. Pół urlopu potrafię przespać. A od tłumów uciekłabym na bezludną wyspę. Ale i tak mojej pracy z ludźmi nie zamieniłabym na żadną inną. Gdy naładuję baterie, spotkam się z najbliższymi, najem maminych i babcinych specjałów,  pozwolę narzeczonemu, by nade mną poskakał jak nad księżniczką, to tęsknię już do moich Włoch (zawsze i najbardziej !) , Hiszpanii, Francji, innych Czech , polskich gór i wybrzeży, do tysięcy kilometrów w autokarach i do wszystkich zwariowanych sytuacji na drodze.
     Dzięki wyjazdom zarówno służbowym jak i prywatnym nazbierałam podczas trwającego szczęśliwie ciągle sezonu mnóstwo inspiracji do co najmniej kilkudziesięciu notek. Czasem po prostu aż kipię z wrażeń, które chciałabym opisać. A potem jednak nie mogę znaleźć słów, które mogłyby oddać moje emocje. Jednak obiecuję sobie spróbować.  Nowy początek nawet w środku roku, sezonu, pory roku, tygodnia, dnia, jest zawsze dobrym momentem na postanowienia 😊

wtorek, 10 marca 2015

Dlaczego uciekamy w podróż?



     Zdjęcie o tym, że kolejny sezon turystyczny już wkrótce - wielkie odliczanie rozpoczęte :) A ja byłam na zakupach - miała być jedna, jedyna lektura uzupełniająca do mojej pracy magisterskiej, ale nie mogłam sobie odmówić kilku niezbędnych mi przewodników po super okazyjnych cenach :) Zdecydowanie jestem pozbawiona genu oszczędzania. 

     Mieliście kiedyś w życiu taki czas, że wszystkie pozornie błahe decyzje, przypadkowe spotkania, nic nie znaczące rozmowy, zdają się być nagle składowymi wielkiej układanki pt. "tak musi być" - pasmem inspiracji i motywacji do działania?

      Ja ostatnio tak mam. Wracają do mnie różne wydarzenia z przeszłości. Jak np. marzenie o dziennikarstwie, które gdzieś porzuciłam na przestrzeni lat, wmawiając sobie, że była to jakaś dziecinada. A właściwie pisałam od kiedy tylko byłam w stanie trzymać długopis w ręce i tymże długopisem kreślić jakieś literki. Lubiłam to. Konkursy literackie, olimpiady polonistyczne. Aż nagle - gdzieś w liceum przyszedł kryzys bylejakości i stwierdziłam, że nie chcę uzależniać swojego życia od kwestii tak niepewnej jaką jest natchnienie. Tym też sposobem na studiach - oprócz w miarę regularnego pisania bloga jedynym sukcesem medialnym, jaki udało mnie się popełnić był artykuł o Erasmusie we Włoszech. A teraz dziennikarstwo do mnie powróciło z wielką mocą i zdwojoną siłą. Okazuje się, że nadal mogę i chcę pisać i będę to robić całkiem regularnie. Okazuje się też, że mogę przeprowadzać wywiady z wielkimi postaciami mojej uczelni, współczesnymi filozofami, których prace znałam dotąd jedynie z publikacji i w ogóle że to wszystko jest znacznie łatwiejsze i znacznie bardziej na wyciągnięcie ręki, niż kiedykolwiek mogłam przypuszczać.

     Po raz kolejny myślę sobie o tym, że nie ma w życiu przypadków. Gdy w stanie największego doła i poczucia beznadziei składałam podanie na AWF, nie bardzo wierząc, że ktokolwiek w listopadzie pozwoli mi na zmianę uczelni, podjęłam niechcący jedną z najlepszych moich decyzji minionego roku. To cudowne uczyć się tego, co Cię interesuje. Móc rozwijać się zawodowo. Pisać. A temat pracy magisterskiej nasuwa się sam podczas rozmowy o tym, wokół czego kręci się moje życie. 

     Niejednokrotnie pewnie będę do tego wracać. Dlaczego w pewnych sytuacjach życiowych podróż jest jedynym wyjściem z sytuacji? Czyli rzecz o turystyce duchowej, terapeutycznej, ekspiacyjnej. Doświadczyliście tego czasem? Podróż pozwalała Wam poukładać myśli i znaleźć odpowiedzi na nurtujące pytania. Chodzi nie tylko o reset - wypoczynek - relaks - ale o coś głębszego - o to, że w chwilach kiedy nie mamy już nic do stracenia - rzucamy wszystko i oddajemy się podróżowaniu. Może w innym otoczeniu, wśród obcych ludzi, kultur, języków, wbrew pozorom wyostrzają się myśli i łatwiej jest usłyszeć swój wewnętrzny głos. 

     Jeśli macie takie doświadczenia i zechcecie porozmawiać o nich ze mną prywatnie, to bardzo ale to bardzo pomożecie mi w zdobywaniu kolejnego stopnia naukowego. 
      Będę wdzięczna :)



sobota, 28 lutego 2015

Passo del Tonale

     Luty minął nie wiadomo właściwie kiedy. Nie bez kozery to najkrótszy miesiąc roku. Już za chwil kilka zacznie się kolejny miesiąc, a ja nadal z głową w chmurach po ostatnim wyjeździe.

     Dlaczego lubię moją pracę? Bo dzięki niej podróżuję. Rozwijam się. Wykorzystuję znajomość języków obcych. Poznaję mnóstwo wspaniałych ludzi. Brzmi banalnie? Być może. Ważne dla mnie jest to, że naprawdę czuję wszystko to, o czym piszę i każdego dnia jestem coraz bardziej zainspirowana do działania.

     Włochy to dla mnie kraj pod każdym względem magiczny. Z Italią mam związany ogrom ciepłych wspomnień. Przez skończone studia, czas stypendium Erasmusa, wszystkie przygody, odwiedzone miejsca, etc. Moja przyszywana włoska rodzinka, przepyszna kuchnia, malownicze krajobrazy, melodyjny język i wszystko co z szeroko pojętą kulturą Włoch związane. I uwielbiam tam wracać. Luty pod tym względem był dla mnie wspaniałym miesiącem, ponieważ dane mi było wylądować we Włoszech aż dwa razy.

     Bliższy memu sercu i poniekąd inny był ten ostatni wyjazd. Passo Tonale. Pojechałam tym razem w nieco innej niż zwykle roli (bo jako animator), ale i tak nie odmówiłam sobie powiedzenia paru słów do mikrofonu o mojej ulubionej destynacji. Grupa jechała stricte na narty. Ja co prawda narciarką nie jestem, więc mnie Ekstra Klasa regionu Val di Sole niekoniecznie powalała na kolana. Choć ludzie byli zadowoleni. Nawet bardzo. Mnie natomiast zachwycił widok z okna na Alpy każdego dnia. Typowo górski klimat małego miasteczka, skupionego wzdłuż jednej głównej ulicy.





     Oczywiście niesamowitą radochę sprawiało mi jak zwykle mówienie po włosku. Ilekroć jestem na Półwyspie Apenińskim jakoś ciężko mi się opanować od tego, żeby z radości nie zagadywać wszystkich mieszkańców kraju w ich rodzimym języku. Naturalnie zdaję sobie sprawę, że do perfekcji pewnie nigdy nie dojdę ani w tym ani w żadnym innym temacie. Natomiast chciałabym być jej w tym przypadku jak najbliższa. Mówienie po włosku sprawia mi atawistyczną wręcz przyjemność. I zawsze miło mi słyszeć, że sami Włosi niejednokrotnie biorą mnie "za swoją" nawet po zamienieniu ze mną kilku zdań. Zawsze wtedy rosnę :) Najzabawniejszą sytuacją dla mnie było zdarzenie sprzed paru miesięcy, kiedy to zupełnie w swoim żywiole (wieczór integracyjny z grupą przy włoskiej kapeli), roztańczona na całego, tłumaczyłam turystom wszelkie kwestie, które na bieżąco uzgadniałam z muzykami, gdy jeden z nich stwierdził: "Jak na Włoszkę super mówisz po polsku..." Być może takie pomyłki wynikają z faktu, że nie jestem obdarzona typowo słowiańską urodą, ale wolę sobie tłumaczyć, że moja znajomość języka ma na to chociaż minimalny wpływ :)

     A wracając do Passo Tonale - a właściwie do okolic - jednego dnia pozwolono mi się urwać z dyżuru przy stoku, dzięki czemu mogłam pojechać na pobliski lodowiec. Pierwszy raz w życiu byłam na takiej wysokości i w ogóle w takim klimacie. Z racji tego, że raczej jestem ciepłolubna, nie wiem i pewnie długo (lub też nigdy) nie dowiem się jak jest na Antarktydzie lub w innych arktycznych klimatach, ale w ten słoneczny lutowy dzień na alpejskim lodowcu miałam chyba namiastkę tego wszystkiego. Pogoda dopisała, widoki były wręcz zachwycające, aż nie chciało się wracać. Mimo tego, że dookoła połacie śniegu i różne przepaście. Miodzio.







     Wracając z lodowca mogłam zobaczyć też jedną z niewielu nie - narciarskich atrakcji Passo Tonale, a mianowicie kaplicę mieszkańców miasteczka i okolic, którzy zmarli (zginęli, zaginęli...) w trakcie pierwszej wojny światowej. Wszystko w pomieszczeniu z zewnątrz przypominającym jakby bunkier, w dodatku z mini statuą wolności na szczycie... Rzecz jasna - u podnóża jednego z wielu stoków. Zawsze zastanawia mnie ta włoska specyficzna religijność i bardzo cienka granica między sacrum a profanum. Na górze głośna muzyka, hedonizm pełną gębą, narty, deski, krzyki radości, tętniąca życiem restauracja, a u jej stóp niepozorna kaplica poświęcona pamięci tragicznie zmarłych... Ciekawe, czy chociaż kilka procent z całego tego rozbawionego tłumu wie, co za miejsce ozdabia ta nietypowa statua wolności. Nie żeby odzywała się we mnie nasza polska skłonność do ubóstwiania martyrologii, ale mimo wszystko takie skrajności zawsze mnie zastanawiają. Tak samo było dwa lata temu, kiedy, mieszkając we Włoszech, zobaczyłam jak jedna z rodzin wchodzi do kościoła na niedzielną Mszę Św. z pieskiem na smyczy. Z pieskiem, który uczestniczył w całym obrządku. I dla nikogo, oprócz mnie, nie stanowiło to sensacji.




     Podróże ewidentnie poszerzają horyzonty.



   

czwartek, 29 stycznia 2015

Amsterdam

     Czas pędzi jak szalony. Ani się obejrzałam, a już prawie zakończył się pierwszy miesiąc 2015 roku. Miesiąc pod znakiem sesji egzaminacyjnej, znanej bardziej jako pogrom studentów (ale spokojnie, jakoś daję radę) i pod znakiem walki z chorobą i wynikającymi z niej słabościami. Chyba jest coraz lepiej, chociaż nieustannie powiększająca się garść leków, które muszę brać każdego dnia ciągle przypomina mi, że chociaż lepiej, to jeszcze nie do końca jest dobrze. Ale nie łamię się. Wierzę, że z tym wygram :)

     Chciałabym wrócić wspomnieniami do Sylwestra. Spędziłam go w typowy dla mnie sposób, czyli w pracy. Chociaż nie odczuwałam z tego powodu żadnej przykrości. W końcu "If you like your work, every day is a holiday". Poza tym nie każda praca wiąże się z nieustannym podróżowaniem do ukochanych zakątków Europy i Polski, a moja owszem :)

     Amsterdam. Miasto kontrastów, miasto tęczy, diamentów, marihuany. Idealny wybór na imprezę sylwestrową. Jeszcze wielu zakątków holenderskiej stolicy nie dane było mi poznać. Ale jeśli chodzi o ścisłe centrum i najważniejsze atrakcje turystyczne, to mogłabym tam chodzić z zamkniętymi oczami. Amsterdam da się lubić. Nie tylko za wszędobylską różnorodność. Jakkolwiek fajnie jest wybrać się do miasta, gdzie w ciągu kilku godzin udało mi się porozmawiać po francusku, po włosku i po angielsku. Tym jednak, co bardzo zachwyca w Amsterdamie jest jego ciekawa architektura. Nieduże domki, kamienice, niektóre z nich bardzo wąskie. Wszystko poprzecinane kanałami - nie bez kozery na Amsterdam mówi się, że jest "Wenecją Północy". A ze względu na te kanały i podmokły teren (o Holandii mówi się, że jest krajem wydartym morzu, spora część jej terenu znajduje się poniżej poziomu morza) niektóre kamienice tańczą - odchylają się od pionu o ładnych kilkadziesiąt centymetrów.




     Ilekroć jestem w Holandii, współczuję serdecznie kierowcom autobusów, tramwajów, a nawet samochodów. A dlaczego? Otóż Holandia to kraj przyjazny rowerzystom - kilkanaście tysięcy kilometrów ścieżek rowerowych, a właścicielom tym przyjaznych dla środowiska blaszanych rumaków wolno dosłownie wszystko... I w tym właśnie problem - statystycznie rocznie najwięcej ludzi w Holandii ginie w wyniku kolizji samochodu z rowerem - rowerzysta w takim przypadku ma małe szanse. Ale kierowcom pojazdów mechanicznych naprawdę ciężko manewrować pomiędzy wszędobylskimi rowerami i ich nierozważnymi kierowcami. Co za tym idzie - niejednokrotnie dochodzi do sytuacji niebezpiecznych.
     Ponadto - rowery są urocze i na stałe wpisują się w klimat zarówno całego kraju jak i jego stolicy - ale też wpływają na jej zanieczyszczenie. Wyobraźcie sobie, że jeśli w Amsterdamie znudzi się Wam rower, możecie go w każdej chwili porzucić. Po pewnym czasie wyląduje on w jednym z kanałów (ciekawy sposób pozbywania się "odpadów"...), a kanały są raz do roku czyszczone.
     Ale to jeszcze nie wszystko - istnieje również bardzo duże prawdopodobieństwo, że rower nie zdąży Wam się znudzić, gdyż... zmieni właściciela, gdy go gdzieś nieumyślnie pozostawicie, np. przed wejściem do sklepu lub muzeum. Miejska legenda głosi, że jeden rower jest w Amsterdamie kradziony statystycznie dwa razy!






     Kolejna rzecz w Amsterdamie godna zainteresowania to beginaż. Sama osobiście zainteresowałam się tym świeckim zakonem kilka lat temu po przeczytaniu książki "Kobieta w lustrze" Erica Emmanuela Schmitta. Książa opowiada (w literacki sposób oczywiście) o historii i założycielkach tego zgromadzenia w Brugii. W Amsterdamie beginki również mieszkały. To dzisiaj można zobaczyć ich klasztor, kaplicę, a także pomnik beginki. Niestety - jest to już jedynie zabytek, echo nie tak dawnej przeszłości. Zakon bowiem umarł śmiercią naturalną - ostatnia beginka zmarła kilka lat temu, nikt dzisiaj nie kontynuuje już tej tradycji.


     Dlaczego nie wspomniałam jeszcze ani razu o Dzielnicy Czerwonych Latarni, która stanowi sam w sobie symbol miasta? Jest to ciekawostka, na pewno. Wąskie uliczki, legalna prostytucja, u stóp najstarszego w mieście kościoła stojący dumnie pomnik prostytutki, panie zachęcające z okienek do skorzystania ze swoich usług, dosłownie od wyboru do koloru, każdy znajdzie coś dla siebie... Ale uwaga - o ile nie jesteś zawodowym fotografem i nie masz specjalnego pozwolenia, wolno Ci Dzielnicą spacerować i oglądać ile wlezie, ale robić zdjęć - nie bardzo. Przyłapany na gorącym uczynku możesz stracić aparat. Ja nie chciałam ryzykować nigdy :)

     Będąc w Amsterdamie musisz zjeść matijasa -świeżego śledzia, podawanego w zalewie, z cebulką, w bułce, w formie hot - doga. Nic innego jak holenderski fast food. Śmiałkowie jedzą śledzie nawet na surowo.



     Co niektórzy jeżdżą do Amsterdamu jeszcze w innym celu. W maju, oprowadzając turystów po przepięknym, największym na świecie ogrodzie tulipanów Keukenhof, usłyszałam od jednej dziewczyny: "Proszę Pani, ja mam w dupie te kwiaty. Proszę mi pokazać, gdzie jest najbliższy Coffeeshop!". Jedyny w swoim rodzaju bar, gdzie można zapalić legalnie marihuanę lub zjeść ciasteczko z haszyszem. W Amsterdamie są one na każdym kroku, chociaż nie wszędzie obcokrajowiec może skosztować lokalnych zwyczajów - ochroniarze sprawdzają, czy mamy holenderskie obywatelstwo.

   

W Holandii warto ubierać się na pomarańczowo. Jest to bowiem narodowy kolor tego kraju. A wszystko za sprawą panującej już od wielu lat królewskiej dynastii Orange. Tęcza taka jak na moim parasolu też jest wszechobecna w Amsterdamie. W końcu to miasto tolerancji, wielkiej rokrocznej parady gejów, mnóstwa gejowskich klubów, a w kraju osoby jednej płci mogą legalnie zawierać małżeństwa. Chociaż, nie ukrywam posiadanie takiej tęczy może być ryzykowne. W Sylwestra, gdy postanowiłam oprowadzić turystów przez dzielnicę homoseksualistów z rozłożonym parasolem, wszyscy do nas machali i się uśmiechali. Ewidentnie zostaliśmy wzięci za "grupę pod specjalnym wezwaniem" ;)

Do Amsterdamu jeszcze nie raz w tym roku wrócę, dlatego też pewnie na blogu jeszcze nie raz pojawi się wpis o tym mieście. Na zakończenie, jako że uwielbiam miasta nad wodą, kilka zdjęć malowniczych kanałów. 




Tak swoją drogą - polecam zwiedzanie miasta z pokładu statku :)

Do następnego ;)

środa, 7 stycznia 2015

Inspirująco w Tatrach

    "Jeśli chcesz zbudować statek, nie gromadź ludzi, by zbierali drewno i rozdzielali obowiązki, ale wzbudź w nich tęsknotę za rozległym i niekończącym się morzem."

   W ostatnich miesiącach tyle czasu spędzam na dworcach, że moja kochana Rodzicielka zastanawia się, czy wciąż pamiętam, że jestem licencjonowanym pilotem wycieczek a nie kloszardem :) Ale mam nadzieję, że nie jest ze mną aż tak źle. I poniekąd magiczne są dla mnie te chwile oczekiwania w tłumie podróżnych. Spotkania, powitania, rozstania. To zawsze wzruszające.
     Upodobałam sobie zwłaszcza dworzec PKP we Wrocławiu. Kameralne kawiarenki, w tle muzyka klasyczna, przemiły barista, dostęp do prądu i Internetu. Co za tym idzie, czekając na autobus, który zawiezie mnie do domu (dziękuję losowi za Polskiego Busa!) mogę być w kontakcie ze znajomymi. Czasem z przypadkowych rozmów przychodzi wiele inspiracji. Życiowych, zawodowych i wszelakich innych. Tu jakaś propozycja współpracy, tu wspólnej podróży. Nawet nie zauważam upływu kolejnych godzin.
     Wracam z górskiej Polany Głodówka. Kurs coachingowy Lider +. Dużo wiedzy, trochę praktyki, mnóstwo refleksji o ZHP i o byciu liderem, pyszne jedzenie, prawdziwa zima, Tatry za oknem, kulig i co najważniejsze - niesamowici ludzie. Warto było tam być. Bo w kursie nie chodzi przecież o kolejny certyfikat, ale o doświadczenie i o to, czego można się dzięki niemu nauczyć. Tak życiowo. Tym razem dane mi było zrozumieć, że wysoka funkcja w ZHP nie odbiera ludziom możliwości realizacji na innych polach ani dystansu do siebie. Zobaczyłam, że wieloletni instruktorzy, będący prawnikami, architektami, biznesmenami, pracują jednocześnie dla Głównej Kwatery. Ponadto są arcyciekawymi osobami o wyjątkowym poczuciu humoru. Nawet w przerwach między zajęciami siedzieliśmy razem żartując i rozmawiając na poważniejsze tematy. Ale generalnie, już dawno się tak nie uśmiałam. I po raz kolejny w życiu poczułam się szczęśliwa, że jestem harcerką. Mega.
     Ostatni wieczór kursu to kolejne magiczne chwile, tym razem spędzone na koncercie. Idol z dawnych lat, którego piosenki niejednokrotnie śpiewało się na ognisku. A tym razem był na wyciągnięcie ręki.
      I tym razem nie było mi przykro, że muszę już wracać do domu. Bo wiem już, że koniec jednej przygody to tak naprawdę początek kolejnej :)

A w Tatrach takaaa zima :)




sobota, 3 stycznia 2015

Postanowienia

O tym dlaczego Amsterdam jest miejscem idealnym na noworoczną imprezę napiszę nieco później, gdy już pozbieram myśli i poogarniam zdjęcia z sylwestrowego wypadu.
Nowy Rok to czas postanowień. Najlepiej o nich myśleć  w domu nad kubkiem parującej herbatki, przy spokojnej muzyczce, generalnie w klimacie, który sprzyja refleksji.
Ale można też refleksje snuć w podróży...
Zaczęło się u mnie bardzo spontanicznie. Wracałam z Amsterdamu, mając w perspektywie kilka leniwych dni spędzonych w Poznaniu i dla zabicia czasu weszłam na Facebooka. A tam informacja o tym, że zakwalifikowałam się na kurs, który zaczyna się już dzisiaj w Zakopanem. Szał, przebieg myśli niespokojnych przez głowę czy zdążę i czy aby na pewno dam radę.
Ale postanowiłam przecież nie tracić w życiu żadnej okazji. Zatem wpadłam do Gorzowa jak po ogień aby spakować kilka górskich rzeczy do plecaka i zaraz potem nakarmiona maminym bigosem oraz podniesiona na duchu po spotkaniu z przyjaciółkami ruszyłam w kolejną nocną wędrówkę, tym razem do jednego z moich ukochanych miejsc na Ziemi. "Jeszcze chwila, jeszcze dwie i znów stanę u stóp raju..." :-)
A postanowienia noworoczne? W tym roku chcę nauczyć się hiszpańskiego, przejść Camino de Santiago, a potem wyjechać na studia do Hiszpanii. Poza tym rozwijać się dalej w mojej pracy i realizować to, co już zaczęłam, czyli kanon krajoznawczy Polski i Koronę Polskich Gór.
Jak starczy mi zdrowia na to wszystko to będę najszczęśliwszą osobą na Ziemi :)