piątek, 7 kwietnia 2017

Północne Włochy w pigułce, czyli o tym, jak zatrzymać metro w Mediolanie :)

     Powrót, kolejny powrót do Włoch, jest dla mnie zawsze nie lada przeżyciem. Nic nie poradzę na to, że spośród wielu destynacji, które zdarza mi się każdego roku odwiedzać za sprawą moich prywatnych i służbowych podróży, to właśnie Italia jest moją ukochaną, tą od serca. O czym zresztą piszę wielokrotnie tu na blogu.

http://podrozemniejszeiwieksze.blogspot.com/2016/08/nie-jestem-znuzona.html

http://podrozemniejszeiwieksze.blogspot.com/2016/01/tesknie-do-woch.html

http://podrozemniejszeiwieksze.blogspot.com/2015/11/monte-cassino.html

http://podrozemniejszeiwieksze.blogspot.com/2015/11/czerwone-dekagramy-neapolitanskiego.html

http://podrozemniejszeiwieksze.blogspot.com/2015/09/tak-wosko.html

http://podrozemniejszeiwieksze.blogspot.com/2015/02/

     Ale ten powrót był wyjątkowy w wielu aspektach. Po pierwsze, po długiej przerwie. Po zdających się ciągnąć w nieskończoność tygodniach absencji podróżniczej. Po momentach, w których zastanawiałam się, czy w ogóle dane mi się jeszcze będzie uśmiechnąć na widok najpiękniejszego włoskiego słońca, czy też poczuć smak włoskich lodów. Po chwilach, w których zdawało się, że nie mam już siły o to wszystko walczyć. A jednak się udało. I chyba te nadchodzące wyjazdy, powroty, odkrycia, były dla mnie wielkim kopem motywacji. Nieraz w trakcie minionych miesięcy słyszałam od życzliwych mi osób, że muszę dać radę, bo moje Włochy czekają. I tak fajnie było do nich wrócić.

     Kolejnym powodem, dla którego ten pobyt w Italii był wyjątkowy, była trasa, jaką tym razem przemierzaliśmy. Północ Półwyspu Apenińskiego nie jest tak często przeze mnie odwiedzana, jak Południe, które w moich wspomnieniach urosło do rangi krainy niemalże mitycznej. Co nie znaczy, że Północ jest mniej ciekawa, czy też mniej warta odwiedzenia. Absolutnie nie. I na Północy nie brakuje genialnych ludzi, zadziwiających smaków, oszałamiających zabytków, bogactwa historii, czy też krajobrazów zapierających dech w piersiach. Ponadto, pobyt w niektórych włoskich regionach połączyć można z wypadem do Francji, co czyni go jeszcze ciekawszym i bardziej atrakcyjnym nawet dla najbardziej wymagających turystów.
     
     Razem z kolejną przesympatyczną grupą zaczęliśmy pobyt na włoskiej ziemi od krótkiej wizyty w Trydencie. Jeszcze nie do końca zdążyliśmy ochłonąć po przejazdach przez alpejskie przełęcze, zostawiwszy za sobą ośnieżone szczyty trzytysięczników, w stolicy regionu Trydent - Górna Adyga zostaliśmy powitani przez pełne słońce i przyjemnie wysoką (jak na koniec marca) temperaturę. Generalnie rzecz biorąc, spacerowaliśmy szlakami miejsc ważnych dla rozgrywającego się w mieście w XVI wieku Soboru, przemierzając trasę nad Adygą u podnóża okalających je Alp. W samym Trydencie włoskość jest taka jeszcze jakby... nie do końca włoska. To jednak kurort alpejski. Mówią i po włosku i po niemiecku, A pewna harmonia uroczych uliczek z lekka kłóci się z włoskim zamiłowaniem do miłego chaosu. Ale renesansowych kamienic nie brakuje. A lody zjedzone na przywitanie z Italią, pierwsze lody od miesięcy, smakowały wcale nie najgorzej :)







     Wędrując po Północy Włoch nie sposób nie odwiedzić Julii w Weronie :)

     Legendy głoszą, że Włosi mają u Stwórcy jakieś "chody". Jak bowiem innym sposobem mogliby mieć na terenie swojego kraju wszystko to, co ciekawe i zachwycające? Liczne pasma górskie ciągnące się przez całą długość Półwyspu, dostęp do morza dla 19-stu spośród 20-stu włoskich regionów; doskonałe tereny dla winorośli, naturalnych warzyw, czy też gajów oliwnych; zabytki światowej klasy w niemalże każdym mieście; a do tego... piękny język, literaturę znaną na całym świecie, kuchnię nie mającą sobie równych i... jeziora. Jeziora polodowcowe, położone wśród alpejskich szczytów, a tworzące jednak klimat śródziemnomorski. I miasteczka nad tymi jeziorami. Miasteczka, które pozostają w pamięci na długi czas. My tym razem mieliśmy sposobność pozachwycać się jeziorem Garda, czyli tym największym na terenie Italii. Historię i atmosferę Gardy poznawaliśmy z miasteczka Sirmione, położonego na małym półwyspie - cyplu wdzierającym się w wody jeziora.








    Znad Gardy ruszyliśmy w stronę jednego chyba z najbardziej malowniczych włoskich regionów, jakim jest Liguria. Okolice Genui stały się dla nas punktem wypadowym do poznawania nie tylko okolic, ale również do wycieczki w stronę Francji i Monako. Od Monako zaczęliśmy. Choć jest to jedno z najmniejszych (zaraz po Watykanie) państw na świecie, to luksusów w nim nie brakuje. W trakcie krótkiej wizyty można zobaczyć bogate kamienice, pałac władcy, historię dawnej stolicy hazardu, poznać trasę Formuły 1 w Montecarlo, czy też odwiedzić grób słynnej księżnej Grace Kelly w katedrze pod sympatycznym wezwaniem... Świętej Dewoty. Co jeszcze zadziwia w Monako to na pewno TE samochody...













    Z Montecarlo mamy już żabi skok na Lazurowe Wybrzeże, więc warto zawitać do Nicei, która jest największym miastem okolicy i jednym z głównych kurortów regionu. Spacer po nicejskiej promenadzie, to spacer w trakcie którego ciężko nie pomyśleć o wydarzeniach zeszłorocznego zamachu i o tym, jak zmieniło to życie tego dzisiaj znowu spokojnego miasta. I choć spacer uliczkami starego miasta pozwala poznać jego inne oblicze, to jednak ludzie licznie wracają na nadmorski deptak.








     Kiedy jesteśmy w Ligurii, absolutnym MUST SEE są miasteczka i okolice Parku Narodowego Cinque Terre. Co tu dużo mówić. Kolorowe kamieniczki osadzone na stokach gór schodzących bezpośrednio do morze. Obserwacyjne twierdze, rybackie porty, kilometry pieszych szlaków. Każde z miast, począwszy od Riomaggiore, skończywszy na Monterosso al Mare mają swój urok, który ciężko porównać z jakimkolwiek innym miejscem we Włoszech. Pewnie też dlatego Cinque Terre zostało objęte patronatem Listy Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO.








     I na zakończenie podróży przez Północ Italii zatrzymujemy się w Mediolanie. Czy jest pozytywny przymiotnik, który nie opisuje tego miasta? Ja takiego nie znalazłam. Stolica mody, handlu, sztuki, kultury... Wizerunek mediolańskiego Duomo (katedry) znany jest każdemu miłośnikowi Włoch. Wizyta na stadionie San Siro to nie lada przeżycie dla miłośników zarówno A.C Milan'u jak i Inter Mediolanu. Sceny Teatralnej La Scali nie trzeba przedstawiać fanom Melpomeny, a galeria Vittore Emmanuele II przyciąga amatorów zakupów. Ci, którzy znajdują wytchnienie w spokojnych wnętrzach muzealnych, celebrując dzieła sztuki z różnych zakątków świata, zaginąć na całe godziny mogą w Castello Sforzesco.




    Niejednokrotnie powtarzam, że w każdej podróży, zarówno tej bliższej, jak i dalszej, najważniejsi są ludzie. Radocha z faktu, że można znowu porozmawiać w języku włoskim, a dzięki temu być jeszcze bliżej tej kultury, razem z jej wszystkimi wadami i zaletami. Różnie się Włochów ocenia. Ale trudno nie lubić ich za ich otwartość, poczucie humoru, atencję jaką obdarzają swoich gości. Gdzie kelnerzy bez mrugnięcia okiem będą donosić grupie kolejne porcje deserów, oliwy do pieczywa czy też wina. Gdzie kapitan stateczku bez obaw da Ci potrzymać stery. Gdzie indziej na świecie pracownik porządkowy poleci zatrzymać metro specjalnie dla Twojej grupy, "bo jest Was tak dużo, że inaczej na raz na pewno nie wsiądziecie". Czy można czuć się źle w takim towarzystwie? :)

     Są jeszcze rodacy, z Twojej grupy. Czyli na przykład przesympatyczna młodzież z liceum, która tak ładnie wciągnęła żart zaproponowany przez kadrę w dniu Prima Aprilis. Młodzież, która wieczorem na tyle intensywnie okupowała linię wifi, że chcąc nie chcąc, usiłując oszczędzać mój prywatny pakiet internetowy i korzystać z tego hotelowego, miałam okazję rozkoszować się ciszą i dobrodziejstwami techniki dopiero wtedy, gdy młódź szła spać. I choć oczy same zamykały się ze zmęczenia, to i te chwile zanurzenia w wielkim starym fotelu na recepcji, były tak błogie i przyjemne, że nie zamieniłabym ich na żadne inne.

     Znalezione obrazy dla zapytania ho bisogno di andare in italia

      "Nie potrzebuję żadnej kuracji. Potrzebuję tylko pojechać do Włoch" Nieustająco <3

poniedziałek, 27 marca 2017

Kefi, słońce i antyk w najlepszym wydaniu.

     Im częściej znajduję się w którymkolwiek z krajów Basenu Morza Śródziemnego, tym bardziej stwierdzam, że powinnam była urodzić się na południu Europy. Może nawet, gdybym wierzyła w reinkarnację, podejrzewałabym, że niegdyś, w którymś z poprzednich wcieleń byłam Włoszką, Greczynką czy też Hiszpanką. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że za każdym razem, gdy jestem choć na chwilę, choć na trochę tam na Południu, to czuję się tak dobrze. Może to kwestia słońca, które nie oszczędza nawet w połowie marca, może specyficznego zapachu powietrza i wiatru, który wieje od morza. A może jedzenia. Uśmiechniętych ludzi dookoła. I skarbów historii nawet tej najdawniejszej. To jest po prostu fascynujące.
   



     Pół roku to dużo i mało. Wiele potrafi się w ciągu takiego pół roku przytrafić. Niektórym więcej niż innym, jeśli ma się niebywałego (czytaj mojego) farta  w życiu. No ale można też mieć mojego farta w pozytywnym tego słowa znaczeniu, by wyjść cało i zdrowo z różnych życiowych zakrętów i komplikacji, a przy okazji zrozumieć sens stwierdzeń w stylu, że czasem wszystko się musi człowiekowi rozsypać, by mógł poukładać swój świat od nowa. I choć w minionych miesiącach (kolejnej przerwy w natchnieniu, w pisaniu i w życiu chyba w ogóle) miałam momenty, w których zastanawiałam się, czy pojadę jeszcze gdziekolwiek i jakkolwiek, to jednak myśl o miejscach, które mogłabym stracić, jakoś tak dodawała mi kopa pozytywnej motywacji. Motywacji, która przejawiała się w różny - na miarę moich możliwości sposób. A której zwieńczeniem było powitanie wiosny i nadchodzącego sezonu turystycznego w jednym z najpiękniejszych zakątków naszego kontynentu.




     Osoby śledzące moje poczynania na facebooku widziały w zeszłym tygodniu różnorakie doniesienia z Grecji, bo tam właśnie byłam. A właściwie był to na swój sposób bałkański trip, ponieważ zwiedzanie Grecji tym razem mogłam połączyć z krótkim pit - stopem w Serbii, a później z ekspresowym pobytem w Skopje, czyli macedońskiej stolicy. I nie wiem, czy wpłynęła na to kilkumiesięczna przerwa w podróżowaniu, do którego jestem przyzwyczajona, czy też po prostu urok odwiedzanych miejsc, ale im dłużej trwała podróż, tym bardziej zafascynowana byłam wszystkim, co mnie otacza. Generalnie wiadomym faktem jest, że można wielokrotnie odwiedzać znane już miejsca i patrzeć na nie innymi oczami, zawsze znajdując coś do odkrycia. Ale tym razem miks zupełnie nowych miejsc i wrażeń połączony z tymi znanymi wraz z wesołym towarzystwem wspaniałych ludzi dookoła, zostawił wrażenia niezapomniane. Wróciłam dwa dni temu, od razu rzucając się w wir zawodowych obowiązków, a jednak już opracowałam strategię nauki języka greckiego, odliczam dni do kolejnego wyjazdu w te rejony i dodatkowo dochodzę do wniosku, że Włochy w tym roku mają w moim sercu poważną konkurencję :)

     Brakowało mi tego w ostatnich miesiącach, Poczucia radości związanej z wyjazdem. Wszak zarażenie podróżą jest w zasadzie nieuleczalne :) Choć na ziemi greckiej znaleźliśmy się późnym wieczorem i niewiele widzieliśmy z tego, co nas otacza, to moje wyczulone zmysły od razu dotknął przyjemny zapach morza i ciepłego wiatru. Wzmocniony później smakiem moich ulubionych zielonych oliwek jedzonych na kolację i na śniadanie. I pierwszy punkt naszej wielkiej greckiej wycieczki, czyli Meteory. Monastyry Meteora wraz ze znajdującymi się u ich podnóża pracowniami ikon, to właściwie krótka lekcja tego, co jest najważniejsze dla religii prawosławnej. Święte obrazy, ikonostasy, i klasztory pobudowane w niesamowity sposób na ostańcach skalnych. Legenda głosi, że święty Atanazy, czyli założyciel pierwszego, tzw. Wielkiego Meteoru wzniósł się na szczyt skały na skrzydłach wiary (bądź też orła). Prawda historyczna natomiast głosi, że na długo przed powstaniem pierwszych zgromadzeń monastycznych w okolicznych skałach żyli już pustelnicy. Szukając Prawdy, Boga... z grot skalnych wznoszących się nad Kalambaką mieli do Stwórcy znacznie bliżej niż z powierzchni ziemi. Niegdyś Meteorów było 24. Dziś zachowało się jedynie 6, z czego 2 żeńskie i 4 męskie. Rozpościerają się z nich niesamowite widoki na okolicę. Dodatkowo ciekawie jest odczuć namiastkę codziennych warunków życia mnichów na co dzień tam mieszkających.







     Obowiązkowym punktem każdej chyba wizyty w Grecji są Ateny. Stolica jak się patrzy, mieszka tam znakomita większość mieszkańców Hellady. Miasto, które niegdyś było jednym z ważniejszych greckich polis, zapleczem intelektualnym starożytnej cywilizacji, dzisiaj tętni życiem i w ciekawy sposób łączy w sobie urok wielkomiejskiej metropolii z ochroną antycznych zabytków. U wejścia do Akropolu biegnie jedna z głównych ulic. Podobnie zresztą jak ze świątynią Zeusa czy też stadionem, który został wybudowany w miejscu, gdzie zakończył się pierwszy w historii bieg maratoński (czyli tam gdzie skonał posłaniec biegnący do Aten zameldować o zwycięstwie nad Persami w bitwie pod Maratonem właśnie). Pod Parlamentem natomiast, tuż przy wejściu do metra, rozpościera się jeden wielki plac wykopalisk archeologicznych. I sama nie wiem, co robi większe wrażenie. Spacer przy Partenonie, przystanek przy skale, z której nauczał święty Paweł, widok z Akropolu na miasto, zmiana warty i podziwianie żołnierzy w strojach hoplitów, grobowce w metrze, czy może po prostu zjedzenie musaki w sympatycznej knajpce na głównym targowisku miasta. A może jednak popołudnie i wieczór nad brzegiem Morza Egejskiego...



















     Opuszczając Ateny i zmierzając w stronę Peloponezu warto zatrzymać się na chwilę nad Kanałem Korynckim. Cudo architektury. Miejsce które fascynowało już starożytnych architektów i władców. Z Juliuszem Cezarem i Neronem na czele. I choć plany zagospodarowania przesmyku łączącego Morze Egejskie z Jońskim istniały już w pierwszych wiekach naszej ery, to ograniczenia techniczne, a także liczne najazdy barbarzyńców uniemożliwiły ich realizację. Ostatecznie Kanał został ukończony w ostatniej dekadzie XIX wieku i po dziś dzień zadziwia.




     A skoro już jesteśmy w Koryncji, trzeba koniecznie zajrzeć do pozostałości starożytnego Koryntu. Tam też przecież nauczał święty Paweł. I choć w obawie przed represjami Żydów musiał ratować się ucieczką, to jego troska o mieszkańców miasta, w którym mieszkał w latach 50 I wieku naszej ery, zachowała się na kartach Biblii w Listach do Koryntian.





     Peloponez sam w sobie zachwyca, chciałoby się pozostać tam na dłużej. Ale kiedy ma się do dyspozycji tylko kilka dni, trzeba uciekać z powrotem na północ kraju i odwiedzić miejsce magiczne, czyli Delfy. Mózg starożytnej Grecji. Miejsce wyroczni, miejsce czakramu, który po dziś dzień oddziałowuje na odwiedzających specyficzną energią. Rola wyroczni w starożytnym świecie była kwestią niebagatelną. Jej stwierdzenia zawsze dwuznaczne, aby można było je interpretować w różnoraki sposób. A Delfy bogaciły się dzięki jej obecności i licznych wizytach najważniejszych postaci ówczesnego świata. Każdy przecież musiał złożyć ofiarę, jakoś podziękować za podpowiedź, opiekę, refleksję... A skarbce polis się zapełniały.













     Na zakończenie greckiej wycieczki moja grupa zatrzymała się w uśpionych o wczesnej porze - przed sezonem Salonikach. Dalej już trzeba było ruszać w trasę powrotną.

     Grecja zostaje w głowie. Jej smaki, zapachy, widoki, ludzie. Chce się tam wracać. Do greckiego kefi, czyli wszechobecnej radości życia, do jogurtu z miodem na śniadanie, do widoku gór Parnassu z hotelowego pokoju. Osobiście żałując, że do tej pory poświęcałam jej tak mało czasu, chciałabym obiecać solennie, że to się zmieni, że nadrobię. Ale ... nie wiadomo jakie niespodzianki szykuje dla nas los. I kolejne podróże. Zwłaszcza te do Grecji właśnie.






     I jeszcze to, co najbardziej zachwyciło moją grupę :)