piątek, 5 stycznia 2018

Moje do Edynburga powracanie.

     Pierwszy raz na szkockiej ziemi wylądowałam w zamierzchłych czasach, gdy byłam piękna i młoda, studiowałam filologię angielską i było to generalnie już prawie dziesięć lat temu. Co więcej, tak na dobrą sprawę była to moja pierwsza dłuższa i samodzielna podróż, można by powiedzieć zatem że przełomowa, bo to od Szkocji właśnie na dobre rozpoczęła się moja tułaczka po świecie. A przynajmniej po Europie :)

     Wybór miejsca był podyktowany czynnikami odgórnymi - dokładnie w tym samym roku, jakąś chwilę wcześniej mój Brat zdał maturę i nie czekając nawet na jej wyniki wyemigrował na Wyspy Brytyjskie i osiedlił się właśnie w Edynburgu. Z racji takiej, że bardzo za nim tęskniłam, musiałam go odwiedzić, kiedy tylko nadarzyła się ku temu sposobność.

    Od tamtej pory wracając do stolicy Szkocji ewidentnie wracam do domu. (Zapytacie, którego to już z kolei. Mam swoje miejsce w Poznaniu, gdzie mieszkam i skąd wyruszam w moje służbowe i prywatne podróże; domem na zawsze pozostanie Gorzów Wielkopolski, skąd pochodzę; nieustannie zaznaczam, że moją Ojczyzną w sercu są Włochy, a tu teraz wyskakuję ze Szkocją...Tak już mam. W wierszu Stanisława Barańczaka, który Wam tutaj już kiedyś cytowałam - "Jeżeli porcelana, to wyłącznie taka" mówi się o tym, że są ludzie, którzy nigdzie na świecie nie czują się u siebie. A ja znowuż w wielu miejscach zostawiłam jakieś sentymenty). Ale! Co też jest ciekawe - w minionym listopadzie potraktowałam Szkocję jak prawdziwa turystka. Zaopatrzona w mapy, przewodniki, zainspirowana gotowymi programami wycieczek, podeszłam do zwiedzania bardzo ambitnie. I dzięki temu... spodobało mi się tam jeszcze bardziej.

     Zatem dlaczego kocham wracać do Edynburga?

1) Wulkany.

     Właściwie nie wiem do końca, skąd moje upodobanie do wulkanów. Gdy wjeżdżam do Neapolu od razu robi mi się cieplej na sercu na widok Wezuwiusza. Planując wyjazd na Sycylię za punkt honoru postawiłam sobie zdobycie Etny, a na Islandii nie przerażały mnie historie o ciągle aktywnych i paraliżujących nieraz życie całej Europy wulkanach. Może dlatego podoba mi się w Edynburgu to, że usytuowany jest częściowo na wygasłych wulkanach właśnie. Arthur's Seat, wzgórze zamkowe. Nawet krótki spacer po centrum miasta potrafi się stać nie lada górską przebieżką, której wszystkie wysiłki rekompensują widoki rozpościerające się ze szczytu.









2) Miasto duchów.

     Położony nie dość, że na wygasłych wulkanach, to w dodatku na ruinach dawnej celtyckiej osady, Edynburg ma dosyć mroczny klimat. W ścisłym centrum starego miasta czas się jakby zatrzymał, co krok natknąć się można na mniejsze i większe cmentarzyki, w niektóre zaułki lepiej nie zaglądać po ciemku... Gdy doda się do tego niespecjalnie słoneczną szkocką aurę i krwawe legendy opiewające historię miasta i jego wybitnych mieszkańców... Włos się na głowie jeży. Jeśli ktoś Wam w Edynburgu próbuje sprzedać lub wynająć "mieszkanie z duszą" - uważajcie, czy czasem nie ma w tym drugiego dna.

     Dlaczego te wszystkie mroczne aspekty uwzględniłam na liście powodów, dla których kocham Edynburg? Może dlatego że od dzieciństwa uwielbiałam horrory i wszelkie straszne historie, także te kryminalne. A to właśnie Edynburg dla mnie jest niczym wyjęty żywcem z powieści Conana Doyle'a czy też Edgara Allana Poe'a.







3) Harry Potter.

     No dobra - wstyd się przyznać, że taka stara baba jak ja ma zamiłowanie do cyklu książek o czarodzieju z błyskawicą na czole. Może łączy się to u mnie z pasją do strasznych historii, o której pisałam powyżej. A może po prostu jest to sentyment za dzieciństwem. Tak, należałam do tych gimnazjalistek, które zamiast lektur szkolnych czytały po nocach utwory J.K. Rowling. Już za czasów studenckich tę moją sympatię niecnie wykorzystał znajomy dziennikarz (przy okazji mój ówczesny wykładowca), który ściągnął mnie na premierę ostatniej książki o Harrym Potterze do Empiku, zrobił zdjęcia i... na całe moje niewielkie rodzinne miasto rozniosła się fama o moim hobby godnym trzynastolatki :)

     A co ma Harry do Edynburga? Otóż całe mnóstwo jego śladów w tym mieście! Kawiarnia, gdzie Rowling napisała pierwszą część sagi, która przyniosła jej taką popularność. Szkoła, która stała się inspiracją dla stworzonego przez autorkę Hogwartu. Cmentarz, gdzie pochowana jest profesor McGonnagal, a nawet ... sam Voldemort! Czego więcej może chcieć podróżujący fan Harrego Pottera? :)








4) Zamek.

     O wzgórzu zamkowym już wspominałam. A we wnętrzach tej budowli... esencja burzliwej historii Szkocji w pigułce. Ja tam potrafię przepaść na cały Boży dzień, słuchając o Stuartach, skomplikowanych związkach Szkocji i Anglii, dokonaniach rodzimej armii, miejscach pamięci i podziwiając panoramy miasta z różnych stron. Nawet pisząc ten króciutki tekst o edynburskim zamku się rozmarzyłam... Jak dobrze, że już w kwietniu będę znowu grasować po jego wnętrzach :)












5) Princess Gardens.

     Niecka po dawnym jeziorze rozdzielającym starą od nowej części miasta. Dzisiaj rozległy park w sercu szkockiej stolicy. Genialne miejsce na to, aby szybko wyłączyć się z ulicznego gwaru, nie oddalając się wcale od centrum. Można pospacerować, przysiąść na ławce. W okresie świątecznym rozkoszować się atmosferą Bożego Narodzenia na jarmarku adwentowym. Ja najbardziej lubię Princess Gardens z dwóch powodów - pierwszym są wspomnienia. Kiedy byłam biedną studentką mieszkającą i dorabiającą sobie w wakacje w Edynburgu, nie na wszystkie turystyczne atrakcje miasta mogłam sobie pozwolić. Ale wstęp do parku wolny był zawsze, więc lubiłam w wolne dni (o ile były suche) tam posiedzieć z książką, albo po prostu pogapić się na przechodniów. Drugim powodem, dla którego zawsze niesie mnie do tego parku jest moje ulubione edynburskie Polonicum - pomnik Niedźwiedzia Wojtka (tak - właśnie tego, który walczył pod Monte Cassino, którego historią katuję wszystkich moich włoskich Turystów). Nasz niezwykły żołnierz właśnie w ZOO w Edynburgu doczekał swoich ostatnich dni.




6) Princess Street.

     To może teraz bardziej hedonistycznie... Serce zakupowego Edynburga. Wiele godzin tam spędziłam. Wiele pieniędzy tam wydałam. Tam zwykle spotykałam się ze znajomymi. Tam właśnie znajduje się mój ukochany Starbuck's (z widokiem na zamek!). Miejsce, które o każdej porze dnia i nocy tętni życiem.



7) Morze.

     Co prawda zimne Morze Północne. Ale nie zmienia to faktu, że lubię miasta nad wodą. Pamiętam jaką radochę miałam, gdy byłam pierwszy raz w Szkocji, Brat zabrał mnie na plażę i zbieraliśmy ogromniaste muszelki. Część z nich mam do tej pory! Gdy później spędzałam lato w Edim, miałam tego farta, że mieszkałam nieopodal plaży. Uwielbiałam tam spacerować. I teraz gdy uda mi się zawitać do Szkocji, zawsze choć na chwilę muszę wylądować nad morzem. Choć bywa, że marnie to kończy się dla moich butów (staje się już tradycją, że zamarzy nam się z Bratem przespacerować na mieliznę, poziom wody szybko się zmienia i lądujemy potem w pełnym rynsztunku w zimnej wodzie z perspektywą powrotu na stały ląd :))







8) Muzea.

     O tym, że lubię muzea, być może pamiętacie. W Edynburgu jest ich tyle, że mam pole do popisu. Niektóre bardziej tradycyjne (zamek, Muzeum Edynburga, Galerie Sztuki, itp.), inne bardziej interaktywne (chociażby Muzeum Narodowe), a istną wisieńką na torcie jest Our Dynamic Earth - super atrakcja dla małych i dużych.












9) Leith Walk.

     Zagłębie Polaków w Edynburgu. Z lat studenckich pamiętam niewybredne żarty o naszych rodakach zamieszkujących tę właśnie dzielnicę. Można powiedzieć, że jest to mała Polonia. Polskie sklepy, polskie zakłady kosmetyczne, fryzjerskie. Jak wybierasz się w podróż to stolicy Szkocji, a ni w ząb nie mówisz po angielsku, to sobie spokojnie tam poradzisz. Ale to właśnie tam kiedyś pracowałam (akurat bynajmniej nie w polskim barze, ale to już zupełnie inna historia), tam jest mój ukochany pomnik dwóch metalowych żyraf, tam we włoskiej knajpie wypijaliśmy kiedyś ze znajomymi hektolitry wina, po których czuliśmy się zdobywcami świata i leżeliśmy na trawiniku gapiąc się na gwiazdy ;) Tam też jest jeden z moich ulubionych pubów w Edynburgu, gdzie Brat zabrał mnie gdy pierwszy raz do niego przyleciałam, tam spróbowałam pierwszego cydru gruszkowego i to właśnie tam w minionym listopadzie po raz kolejny świętowałam swoje 29 urodziny, wznosząc toast... pizzą :) Zajrzyjcie to Victoria's :)






10) Muzyka miasta.

     Wiem, że jako anglistka z pierwszego wykształcenia mam pewne spaczenie zawodowe, no ale kiedy słyszę dudy, to mam dreszcze. Kiedy ląduję w Szkocji podświadomie czekam na moment, gdy  znajdę się w centrum Edynburga i usłyszę znajome dźwięki i zobaczę wszechobecne kilty i szkockie kraty. Bez tego wizyta byłaby niekompletna :) Nawet kiedy przemierzałam ulice centrum codziennie i tak, nawet w najbardziej niefajny dzień muzyka dud poprawiała mi humor. I dzisiaj lubię łazić bez celu po Royal Mile (serce Starego Miasta) i wsłuchiwać się w przyjazne duszy dźwięki.

 

     Mam tyle sympatii dla Edynburga, że mogłabym o tym napisać nie tylko wiele artykułów, ale i pewnie całą książkę - no cóż, może kiedyś przyjdzie na to czas. A teraz - tytułem wstępu myślę, że wystarczy tyle :) W każdym razie jak widzicie - darzę to miasto wyjątkową estymą, gdy mnie tam nie ma to tęsknię nieustannie, za samym Edynburgiem, jak i za tymi, którzy tam na mnie czekają z zawsze królewską gościną. Właśnie policzyłam, że do mojej kolejnej wizyty w Edim mam dokładnie 109 dni - i już się nie mogę doczekać powrotu!

* Wpis dedykuję Bratu i jego Rodzince, dzięki którym od lat mogę spełniać moją miłość do Edynburga :*

środa, 3 stycznia 2018

"Naj" Islandii w moich oczach.

     Islandia we mnie została. Myślę o powrocie do krainy lodu, choć zastanawiam się, kiedy wygeneruję tyle czasu, żeby faktycznie  zrealizować wszystkie te cele. Fakt faktem, chciałabym bardzo - po pierwsze aby zobaczyć zorzę polarną (w końcu po to poleciałam w grudniu!), a po drugie by zwiedzić jeszcze więcej i... skoczyć na Grenlandię :) Pożyjemy, zobaczymy. To wszystko wymagałoby większej organizacji ode mnie. A póki co moje myśli organizacyjne tkwią w lutowej Sycylii i tym, aby w jak najkrótszym czasie zobaczyć jak najwięcej Wyspy Słońca.

     Ale trzeba przyznać, że islandzkie "naj" miałam okazję zobaczyć. Dla chcącego nic trudnego :)

     A co takiego można zawrzeć na liście islandzkiego naj?

Najpiękniejszy wodospad - Gulfoss.

     Niegdyś został uznany nie tylko za najpiękniejszy wodospad Islandii, ale również za jeden z najpiękniejszych na świecie. Gdybyśmy zechcieli przetłumaczyć jego nazwę na język polski wyszłoby nic innego jak "złoty wodospad". Kiedy patrzy się na niego z góry, ma się wrażenie, że znika w szczelinie ziemi. Składa się z dwóch kaskad, które łącznie liczą sobie ponad 30 metrów. Dookoła znajduje się park narodowy i liczne punkty widokowe. Z racji takiej, że zwiedzałam go zimą, nie wszystkie części wodospadu były dostępne dla zwiedzających. Było naprawdę ślisko i aby uniknąć kontuzji trzeba było przemieszczać się krokiem hatifnata ;) Ale mimo częściowego zamarznięcia, zupełnie nie tracił nic ze swojego uroku.









Największy gejzer - Strokkur.

   Tak swoją drogą - próba wymówienia nazwy z islandzkiego wywołuje u mnie definitywne połamanie języka. I - wstyd się przyznać - ale zastanawiam się kiedy będę mogła de facto powiedzieć co konkretnie zobaczyłam na Islandii, bez zerkania do notatek albo do Internetu. Ale krajobrazy pamiętam - i to najważniejsze :)

    Stokkur jest największym gejzerem, położonym w jednej z dolin geotermalnych Islandii, w otoczeniu licznych mniejszych. Już sam spacer w jego okolicy (zwłaszcza zimą) powoduje natychmiastowe odczucie zmiany klimatu. Wydaje się, że dookoła jest cieplej, w powietrzu unosi się zapach siarki, gdzieniegdzie bulgocą pomniejsze gejzery i ciepłe rzeczki. Sam gejzer wybucha mniej więcej co 10 minut na wysokość niemalże 30 metrów, przez co widok jest niesamowity. Czekanie na kolejny wybuch z aparatem w ręce przy -14 stopniach to też było nie lada wyzwanie. Ale warto było poczekać, żeby wyszły fajne zdjęcia :)









Największy las - Thingvellir.

     Ok, może zaczynając ten punkt powinnam napisał, że na Islandii właściwie ciężko mówić o lasach jakichkolwiek. Przy panujących tam warunkach klimatycznych ciężko o wybijające się ku niebu korony drzew. Ale Thingvellir jest pod tym kątem unikatowym terenem Krainy Ognia i Lodu. Bogata roślinność. Piękne jezioro. Park narodowy. Wzmożona aktywność sejsmiczna spowodowana tym, że spotykają się tam dwie płyty tektoniczne.Miejsce jest ważne również ze względu na wydarzenia, jakie miały tam miejsce. W X wieku w tych okolicach po raz pierwszy obradował parlament Islandii, a w 1944 roku to właśnie tu Islandia ogłosiła swoją niepodległość. Byłam tam tuż po wschodzie słońca (godzina 11.30 ;)), więc widok był naprawdę powalający.








Najpiękniejsza czarna plaża  - Reynisfjara.

     Południowa Islandia. Okolice miasteczka Vik. Zwykle nieopodal stacjonują maskonury (te podobne do pingwinów;)). Ale w połowie mroźnego grudnia ciężko ich wypatrywać. Za to bazaltowe kolumny, czarny piasek na plaży, wielkie czarne kamienie i wzburzony Ocean można by podziwiać bez końca. Fale były ogromne i pięknie wyglądały w kontraście z czernią piasku.















Najsłynniejsze wodospady - Seljalandsfoss i Skogafoss.

     Podobnie jak czarna plaża, znajdują się oba w południowej części wyspy. Sama droga do wodospadów to trasa w pobliżu jej aktywnych wulkanów. Podejście - tradycyjnie - z okazji zimy dosyć ograniczone, ale zupełnie nie odbierało to uroku podziwiania obu. Woda spada z wysokości niemalże 60 m, przez co człowiek stojąc u ich podnóża czuje się taaaki maleńki. Ponadto, jeśli decydujecie się na wizytę przy Seljalandsfoss i Skogafoss w grudniu czeka Was nie lada wyzwanie i stąpanie po mocno śliskim gruncie. Warto przestrzegać przepisów bezpieczeństwa, bo można się nieźle skąpać (co mi się wyjątkowo nie udało;)), a mokre ubrania przy trzaskającym mrozie to niezbyt przyjemna sprawa.











Czwarty lodowiec Islandii - Sólheimajökull.



    Jak w tytule - czwarty co do wielkości lodowiec. Właściwie część większej formacji. Widywałam już lodowce w Alpach we Włoszech i Szwajcarii, więc nie spodziewałam się niczego nowego. Ale już sama trasa do Sólheimajökull była dla mnie nie lada wyzwaniem. Niby spacer zajmuje około 20 minut, ale jeśli idzie się zimą w niespecjalnie odpowiednich butach (treki zostały w domu...), to trzeba naprawdę ważyć każdy krok. Ale warto było, zdecydowanie. W lodowcach wszelakich zawsze fascynuje mnie to, że żyją one własnym życiem, zmieniają się pod wpływem zmian klimatu.












     Daliście się przekonać, że na Islandii jest super? :)